Po najbardziej lajtowej (wynik wczorajszego egzaminu poznam w środę, jednak nie zmieni on mojego zdania w tej kwestii, jakiby nie był;p) sesji – najdłuższe ferie, jakie miałam. Zainaugurowałam je wykańczaniem ważnej recki na dosłownie ostatnią chwilę. Bogom dziękować, deadline na dwa zaległe teksty do F dopiero 15-ego. Ogólnie ostatnio z pewnych powodów, o których lepiej nie napiszę, żeby nie zapeszyć, wpadłam w stan graniczący z euforią. Mimo faktu, że od dwóch dni mam problemy ze snem, stan ten ani myśli mijać:) Nawet okoliczność, że wlaśnie obejrzałam ostatni z nagranych przed strajkiem odcinków House’a, humoru mi nie psuje.
Plany na wolne? W sobotę jadę do domu, pomieszkać, rodzice podobno tęsknią:> Ale to nie na całe, za długo – poza tym po feriach kolos z kpa (CAŁEGO:O), ale to tragiczna melodia odległej na razie szczęśliwie przyszłości:P
Zauważam ze zdziwieniem, że dopuszczam się karygodnych zaniedbań – Diamentowy wiek, kupiony na Polconie, do tej pory stoi nietknięty na półce! I nie zanosi się, biorąc pod uwagę zaległości narosłe z racji przeklętej sesji (co to za dziwny pomysł w ogóle, żeby kazać studentom się uczyć, hę?), bym prędko mogła go rozdziewiczyć.
Filmów kilka do obejrzenia, dziś Johnny D. jako Demoniczny Golibroda – słabo podmalowany, ale czarujący jak zawsze:) Jutro/pojutrze Lejdis w kinie, marzy mi się jeszcze Motyl i skafander, Michael Clayton czeka na swą kolej.
W sumie to dziś miałam chaos poznawczy – nic nie muszę. Szokujące, jakie to miłe uczucie:)