Jak ktoś być może jeszcze pamięta, przed rozpoczęciem emisji Hannibala byłam sceptyczna wobec powodzenia projektu. Jaki okazał się pierwszy sezon? Przede wszystkim zwodniczy, ale raczej w stylu strzelmy produkcji w stopę, ole! Rzecz w tym, że pierwsze odcinki są beznadziejnie nieadekwatne do całej reszty. Sugerują, że będziemy mieć do czynienia z wariacją na temat klasycznego procedurala. Po dwóch epizodach bliska byłam skreślenia serii. Wiem o wielu osobach, które tak właśnie postąpiły, i nie mogę szczerze powiedzieć, żeby mnie to dziwiło. Niestety. Ja zostałam z czystej ciekawości i dlatego, że na punkcie bohaterów Harrisa – zwłaszcza tego z niebanalnym gustem kulinarnym – mam od lat nieszkodliwego hysia.
A niestety dlatego, że, im dalej w las, tym – co do zasady – ciekawiej. I inaczej. Nagle kończą się jednorazowe wątki, postaci zaczynają powracać i oczywistym staje się, że głównym tematem nie będą kolejni łapani zabójcy, ale wyrafinowana gra Lectera Grahamem. Nie z Grahamem, bo Graham – mimo swoich wybitnych zdolności, skrajnej empatii etc. – to przy Hannibalu taka bezradna sierotka, co się cieszy, że znalazła przyjaciela i ostoję. Fakt, że widz od samego początku zna prawdziwą naturę eleganckiego psychiatry, scenarzyści znakomicie potrafią wygrać. I nie mówię tu tylko o inside jokes odnoszących się do kanibalizmu ani o fakcie, że za każdym razem, kiedy Hannibal podejmuje kogoś posiłkiem (gotowanie i jedzenie pokazane jest w serialu po prostu mistrzowsko), widz musi się zastanawiać nad źródłem produktów mięsnych. Dzięki temu widz nawet w pozornie niewinnych uwagach doktora odnajduje drugie dno.
Przy tym jednak muszę zaznaczyć, że zdecydowanie nie wszystko mi się podobało. Wątek z drugim seryjniakiem "zalecającym" się do Lectera był beznadziejny (na szczęście zamknięty w jednym odcinku). Było również w dalszej części kilka rozwiązań co najmniej naciąganych. Ale końcówka (dwa ostatnie epizody) była już bardzo elegancka.
Najmocniejszą stroną tego serialu są dwa genialne trafienia obsadowe. Hugh Dancy w roli Grahama rozwija skrzydła stopniowo, ale pod koniec wspaniale balansuje na krawędzi obłędu. Mads Mikkelsen zaś jako pierwszy pokazuje prawdziwą naturę Hannibala Lectera. Hopkins był genialny jako demoniczny geniusz zła. Ale to było już po schwytaniu. Dzięki umiejętnościom Mikkelsena po raz pierwszy można pojąć, czemu Lecter tak długo pozostawał na wolności. Jest Hannibalem opisanym przez Harrisa. Koneserem sztuki i dobrego jedzenia, a nade wszystko zręcznym manipulatorem, co umożliwia mu łowienie dowolnie wybranych okazów "ludzkiego bydła" bez zwracania na siebie uwagi. Ślepota agenta Jacka Crawforda, jego podatność na "urok" psychiatry, gdy w innych kwestiach wykazuje takie zdolności dedukcyjne, że nie mamy najmniejszej wątpliwości, iż bez łusek na oczach błyskawicznie dodałby dwa do dwóch, jest tego wspaniałą ilustracją.
Warto, więc proszę – nie dajcie się zniechęcić początkowi. Przy wszystkich wspomnianych zaletach serial jednak nie łapie się do mojej pierwszej ligi. Jest dobry, ale do geniuszu sporo mu brakuje. To, co otrzymałam, i tak przewyższa oczekiwania wyjściowe o kilka poziomów. A zatem: bon appetit! I hope vou’ve got a strong stomach.