Czerwony smok – początek

A zatem, w oczekiwaniu na zakończenie pierwszego sezonu serialowego Hannibala, które nastąpi w tym tygodniu i wówczas się o produkcji obszerniej wypowiem, nadrobiłam ostatnią zaległość filmową z działki "ekranizacje prozy Thomasa Harrisa". W postaci Manhuntera z 1986 w reżyserii Michaela Manna (tytuł polski: Łowca).

Szczerze powiedziawszy, z jednoznaczną oceną tego obrazu mam spory problem. Porównania z późniejszą ekranizacją, już z udziałem "kanonicznego" Lectera, czyli Hopkinsa, Ralphem Finnesem w roli Francisa Dolarhyde’a, Edwardem Nortonem wcielającym się w Willa Grahama i Emily Watson jako Reebą są w tym wypadku nieuniknione. Tym bardziej, że Czerwonego smoka wysoko cenię.

Nie da się jednak ukryć, że są i w Łowcy elementy zasługujące na uwagę. Inaczej rozłożono w tym wypadku akcenty w scenariuszu, o wiele wyraźniej stawiając Grahama w centrum opowieści. Ta operacja została zrealizowana bardzo ciekawie, nastrojowo i konsekwentnie. Można dostrzec mrok w Willu i chyba głównie tym tropem szedł Fuller, konstruując swoją serialową wersję wzmiankowanego bohatera. Will (William Petersen) to też jedyna lepsza niż w Czerwonym smoku kreacja aktorska z Łowcy.

Tylko że mnie – osobie znającej książkowy pierwowzór – takie założenie (Graham w centrum) egoistycznie i czysto subiektywnie nie odpowiada. Nie przez przypadek powieść nazywa się Czerwony smok. W centrum powinien być Francis, a tutaj wątek tej postaci poprzycinano (zręcznie i sensownie, fakt) w sposób dla mnie niemożliwy do przyjęcia, z Reeby robiąc w dodatku ochoczą dziewoję. Wycięto też – poza jedną migawką obrazu – czerwonego smoka, przemianę Dolarhyde’a sprowadzając do mętnych psychologicznych ogólników. Jak wspomniałam, rozumiem powody, ale negatywnej oceny takiego posunięcia to nie zmienia.

W oderwaniu od powieściowego pierwowzoru film jak najbardziej się broni – jest mroczny, nastrojowy, trzyma w napięciu. Ja jednak nie potrafię go tak postrzegać i stąd jestem w stanie – za wszystkie dostrzeżone zalety – dać najwyżej 7/10.

Jeszcze słowo o Hannibalu Lecterze z Łowcy, czyli Brianie Coksie. Do niedawna byłabym z miejsca na nie. Jednak Mads Mikkelsen pokazał mi, że Hannibal niejedno ma imię. W filmie pozycja tej akurat postaci niemal dokładnie odpowiada powieściowej – Lecter jest zaledwie konsultantem Grahama, ale też obiektem uwielbienia i przewodnikiem Francisa. Cox – mimo niewielu scen – potrafił pokazać demoniczny charakter swojego bohatera, jednocześnie ma w sobie pobłażliwość i nonszalancję powieściowego Hannibala, którą u Hopkinsa częstokroć przyćmiewa efekciarska demoniczność. Więc właściwie jestem na tak. Nie podobało mi się tylko to, że Will powiedział synowi, iż Lecter mordował licealistki. W tej chwili jednak nie pamiętam, czy tak samo nie postąpił w powieści, upraszczając naturę zbrodni doktora na użytek chłopca, zatem nie będę o to drzeć szat.