Wrażenia po pierwszym sezonie Westworld

Jak ktoś nie słyszał o Westworld, to albo temat go kompletnie nie interesuje, albo może wrócić do wpisu po obejrzeniu całego sezonu, gdyż oczywiście będą SPOILERY. Seans nie będzie stratą czasu, jako że występują m.in. Anthony Hopkins i Ed Harris, a za scenariusz odpowiada m.in. Johnathan Nolan, któremu mimo koszmarnego skaszanienia Interstellar nadal należy się wielki szacunek za wcześniejsze dokonania i w zasadzie można na nim polegać. Zwłaszcza jeśli bazą całości jest pomysł Michaela Crichtona, wykorzystany w filmie z 1973 roku.
Moja przygoda z Westworldem miała trzy główne etapy. Najpierw było olśnienie pilotem, który przedstawiał intrygujący świat futurystycznego parku rozrywki, zaludnionego przez androidy na oko nieodróżnialne od ludzi, i składał wielkie obietnice co do fabuły. Bowiem w funkcjonującej przez dziesiątki lat (trzy z okładem) bez zarzutu maszynce do zarabiania pieniędzy, jaką była realistyczna symulacja Dzikiego Zachodu dla znudzonych codziennością przedstawicieli wyższych sfer, ktoś zaczął grzebać. Gospodarze (czyli androidy) zaczęli się wyłamywać z ram narzuconych przez narrację, zyskali zdolność zachowywania wspomnień i zaczęli przejawiać inicjatywę. Szykowała się intrygująca fabuła, w której zagadek przybywało z każdym kolejnym odcinkiem.
Jednocześnie od trzeciego do szóstego epizodu zachwyt mój opadał, zaczynała za to narastać irytacja, bo odcinki bywały mocno przegadane, zdarzały się rzeczy pozbawione racjonalnego uzasadnienia (nadal uważam za niewyjaśnione, dlaczego technicy pomagali Maeve). a informacje posuwające akcję do przodu dozowane były bardzo skąpo. Zaczynałam się obawiać, że skończy się jak z The Leftovers, najnudniejszym serialem w historii HBO, z którego zrezygnowałam po przedostatnim odcinku pierwszego sezonu, co mówi samo za siebie.
Szczęśliwie odcinki od siódmego do dziesiątego były dynamiczne, naładowane wyjaśnieniami i twistami jak prosięta pieczone kaszą i jako że nie śledziłam na bieżąco internetowych teorii, za to miałam własne, przeżyłam kilka chwil satysfakcji (tajemnica labiryntu) i kilka zaskoczeń, z których tożsamość Człowieka w Czerni była tym najmniej przyjemnym (choć doceniam zręcznie przeprowadzoną sztuczkę narracyjną). Natomiast bardzo rozczarowała mnie przemiana doktora Forda, którą uznałam za kompletnie niewiarygodną, a – było nie było – miała kluczowe znaczenie dla całej fabuły, prowadzącej ku wypadkom finałowym. Ostatecznie ujawniona motywacja tego bohatera była całkowicie niespójna z jego charakterem i czynami popełnianymi od początku serialu. Znowu zapachniało tanim sentymentalizmem, który Nolan – scenarzysta Memento wykpiłby ze wzgardą u Nolana – scenarzysty Interstellar.
Przede wszystkim zaś uważam, że Westworld jest już zamkniętą historią i jakikolwiek kolejny sezon nie ma racji bytu, podobnie jak powinno być w przypadku Homeland, który – gdyby skończył się po pierwszej serii – byłby serialem genialnym, a tak…
Czy się mylę, przekonamy się w 2018. Gdyż drugi sezon Westworld dostał już zielone światło. Ale niezależnie od dalszych losów produkcji pierwszy sezon warto zobaczyć. Czegoś tak świeżego i ciekawego telewizja dawno nie zaproponowała.
P.S. Wspominałam o Hopknisie i Harrisie, prawda?:))