Jednocześnie na płaszczyźnie pozazawodowych relacji między bohaterami produkcja ta była równie niebanalna, stroniła od schematów, łatwych rozwiązań, a przy tym stale trzymała w napięciu. Postaci nie stały w miejscu, stale się rozwijały, często w zupełnie nieoczekiwany sposób, co było ich największą siłą, bo widz nieustannie mógł zostać przez nie zaskoczony. Przyzwyczajanie się do czegokolwiek w tym serialu było błędem.
W plejadzie zalet TGW chyba najważniejszą był mocny drugi i trzeci plan. Szczerze? Sporymi momentami najbardziej interesowały mnie tutaj właśnie losy bohaterów spoza pierwszego szeregu. Eli Gold, Louis Canning, matki głównych bohaterów, Elsbeth Tassconi – to były niesamowite, interesujące, dające serialowi pieprz i sól postaci, a nie paprotki w eleganckich garniturach (tak, nawiązuję w tym miejscu do Suits:P). A wymieniłam zaledwie kilka z całej plejady.
Ten serial stał scenariuszem. Zawsze i wszędzie. Na tyle lat i odcinków mniej udane epizody dałoby się policzyć na palcach jednej ręki, i nie ma tu żadnej przesady. Osią, jak wiadomo, była przemiana głównej bohaterki, którą zdrada męża pchnęła ku odkrywaniu własnej życiowej drogi, w tym ku pracy i rozwojowi zawodowemu oraz osobistemu.
Ostatecznie okazało się, że na pewnym poziomie zaspokajania ambicji trzeba zapłacić cenę zawodowych ideałów. Kingowie, scenarzyści, zdecydowali się doprowadzić bohaterkę do punktu, w którym będzie równie zbrukaną moralnie hipokrytką, co jej niegdyś pogardzany mąż, cyniczny polityczny karierowicz. I ta część jest jak najbardziej OK.
Gorzej z tą prywatną częścią. Tutaj trochę scenarzystom podstawił nogę odtwórca roli Willa, który dwa sezony temu postanowił się wypisać z imprezy, co, jak się wydaje, uniemożliwiło realizację pierwotnej koncepcji zakończenia. Choć mogę nie mieć racji. W każdym razie na coś trzeba było się zdecydować i decyzja wyglądała tak, że Alicia wyciągnęła z wcześniejszych błędów wnioski w stylu carpe diem. Tu można dyskutować, czy jej ognisty romans był spójny z całym jej wcześniej opisanym charakterem, ale umówmy się, że miał być rezultatem głębokiej wewnętrznej przemiany. Dla mnie, mimo pewnych zastrzeżeń, jest to do kupienia. Podobnie jak nieco Dickensowskie cameo Willa Gardnera w ostatnim odcinku. Mimo wewnętrznego zażenowania jestem w stanie przyjąć, że Alicia potrzebowała takiej symbolicznej klamry, ostatecznego przyzwolenia z jego strony, żeby ruszyć dalej (choć śmierdziało to zagrywkami w stylu Grey’s Anatomy, których brak był, jak wcześniej wspomniałam, walorem serialu). Podoba mi się również brak klasycznego happy endu, który zupełnie by tu nie przystawał i byłby najgorszym możliwym rozwiązaniem. Czego przyjąć i pojąć – jak również darować twórcom – w tym finale nie jestem w stanie, to zachowania Diane Lockhart. Diane była chyba najspójniejszą postacią w całym serialu, na pewno jedną z najciekawszych i najbardziej przeze mnie podziwianych. Niezależna, świetna w swoim fachu, wierna skrajnie liberalnym przekonaniom, diabelnie skuteczna, ale jednocześnie szanująca prawo ponad wszystko. W tym prawo innych do skrajnie odmiennego światopoglądu. Do tego stopnia, że wyszła za człowieka o przekonaniach z całkowicie przeciwnego bieguna i była w małżeństwie bardzo szczęśliwa. Była, jak się wydaje, wzorem dla głównej bohaterki. Zawodowo dalej miały pójść razem. I nagle Diane daje Alicii w twarz i wszystko przekreśla. Za wykorzystanie w procesie niedyskrecji jej męża. Gdy w tym samym odcinku, w tym samym procesie, w interesie tego samego klienta – Diane we własnej osobie namówiła męża do naruszenia jego zasad etyki i złożenia zeznań niezgodnych ze stanem faktycznym. Gdyby nie to, można by argumentować, że to miłość zmieniła Diane. W zaistniałej sytuacji takiej argumentacji obronić się nie da.
Mimo wszystko mógł to być o wiele gorszy finał, a sam serial jest naprawdę znakomity. Jeśli ktokolwiek jeszcze nie widział, to zazdroszczę i bardzo gorąco zachęcam. Na pewno kiedyś obejrzę całość ponownie.