W tym roku, z uwagi na niebywały sukces produkcji podstawowej, Saul otrzymał własny, zupełnie odrębny (co bardzo ważne, bo – żeby go oglądać, nie trzeba mieć o BB zielonego pojęcia, choć niezależnie od wszystkiego jak zwykle zachęcam do jego obejrzenia, bo to zdecydowanie jedna z najlepszych produkcji w historii telewizji – i nie przesadzam) serial. W zeszłym tygodniu wyemitowano ostatni z dziesięciu odcinków pierwszego sezonu, którego akcja znacząco poprzedza wypadki z Breaking Bad.
I o ile pierwotnie miałam wątpliwości, czy wyjdzie z tego pomysłu, śmierdzącego na milę odcinaniem kuponów, cokolwiek sensownego, teraz już ich nie mam. Mimo niebywałego wręcz pomieszania konwencji (mamy i odcinek o policyjnej korupcji w mrocznym stylu, i epizody czysto prawnicze, mocno obyczajowe, a także bardziej komediowe – humor jest jedną z największych zalet serialu, a Saul celuje w błyskotliwych one – linerach i brawurowych monologach) otrzymujemy bowiem w rezultacie wyjątkowo spójną opowieść o ważnym etapie w życiorysie głównego bohatera.
Saul nie zawsze był prawnikiem, ba – nie zawsze był Saulem. Naprawdę nazywa się James McGill i ma za sobą karierę drobnego złodziejaszka oraz zręcznego oszusta. Pewnego dnia jednak wpadł po uszy, a brat – szanowany prawnik – wyciągnął do niego pomocną dłoń, a potem zaoferował pracę przy sortowaniu korespondencji w swojej wielkiej kancelarii. Jimmy skorzystał z szansy, co więcej, zamarzył o uczciwej karierze i potajemnie korespondencyjnie ukończył prawo oraz zdobył uprawnienia zawodowe. Chciał pomagać ludziom i dać bratu powód do dumy. Mniej więcej w tym punkcie rozpoczyna się akcja serialu, w miarę rozwoju której świat coraz dowodniej pokazuje Jimmy’emu, że nie warto się starać, a do osiągnięcia sukcesu w nowym fachu o wiele bardziej niż uczciwość przydadzą mu się umiejętności z dawnego życia. Krok po kroku bohater, mistrzowsko grany przez Boba Odenkirka, zbliża się ponownie do granicy, za którą znajduje się – porzucona przez niego z takim trudem – Ciemna Strona Mocy.
Naprawdę gorąco polecam.
P.S. Porównując pierwszy sezon BCS z pierwszym sezonem BB, który był, nie bójmy się tego słowa, rozlazły, aż się raduję na myśl o rozwoju BCS:)