Kilka słów o snuju

Miało być pozytywnie i zachęcająco o The Knick, ale wyprzedziła mnie Jane Doe, skutkiem czego będzie o snuju, czyli The Leftovers. Jest to nowy koń pociągowy ramówki HBO, z dużymi szansami na wyprzedzenie Detektywa w kategorii "Najbardziej przechwalony serial roku". W telegraficznym skrócie rzecz polega na pokazaniu reakcji społeczności niewielkiego amerykańskiego miasteczka na niewyjaśniony fenomen – nagłe zniknięcie 0,2% światowej populacji. Wzięli i wyparowali. Nie ma. Zostali ich mężowie, żony, dzieci, ojcowie, matki, znajomi, przyjaciele.

Sam pomysł jest intrygujący. Problem zaczyna się przy wykonaniu. Akcja serialu rozpoczyna się trzy lata po Zniknięciu. Zdążyły się już utworzyć różne kulty i sekty oraz agenda ds. wypłacania odszkodowań rodzinom "znikniętych". Kończą się budowy okolicznościowych pomników. A pytania o genezę wydarzenia i klucz doboru znikających pozostają bez odpowiedzi. I to też jest bardzo w porządku, bo nie oczekiwałam fajerwerków i śledztwa w sprawie przyczyn. To miała być produkcja o wieloaspektowych skutkach społecznych i prywatnych. I jest.

Ale, na litość dowolnych bogów, czemu to taki snuj? Nie można się tym zająć nieco bardziej dynamicznie i interesująco? Na dziewięć dotychczasowych odcinków bez znudzenia dało się obejrzeć dwa: trzeci, opowiadający historię miejscowego księdza, któremu chcą zabrać kościół za długi (w tej roli świetny jak zawsze Christopher Eccleston), oraz dziewiąty, przedstawiający wydarzenia poprzedzające Zniknięcie. W pozostałych sekwencje wnoszące cokolwiek trwały może po kwadransie (przemyślnie rozbitym na dwuminutowe scenki rozsiane po serialowej godzinie). A poza tym obserwowaliśmy tzw. "męczenie buły", głównie w wykonaniu szeryfa, czołowego protagonisty, który tak mi działa na nerwy, że bardziej irytują mnie chyba jedynie jego żona i syn. Albowiem CIERPI. Choć niby Zniknięcie nie dotknęło go bezpośrednio, dostał licznymi rykoszetami (i znów – w założeniu takie rozwiązanie ma masę potencjału fabularnego, w praktyce wątki żony i syna szeryfa należą do najbardziej nużących w całym serialu). Ostatnimi czasy szeryfunio zaczął z tego cierpienia świrować, więc można mieć nadzieję, ze jego i widzów męka nie potrwa zbyt długo. Ale to raczej płonna nadzieja, bo nie wierzę w eliminację głównego bohatera.

Poza tym teoretycznie Zaskakujące Zwroty Akcji (np. odpowiedź na pytanie: kto ukamienował członkinię sekty?) są do przewidzenia z dużym wyprzedzeniem. Typowy serial dla Amerykanów, co raczej nietypowe dla HBO. Które za to skraca ostatni sezon świetnego Newsroomu i tak samo postępuje z Boardwalk Empire, za co ma minusa jak stąd do nie widać. Pojawia się zasadne pytanie – po cholerę to oglądasz, kobieto? Dwa razy już prawie porzuciłam ten serial. Raz – po piątym odcinku. Drugi raz – po ósmym. Za pierwszym razem na dalsze oglądanie namówił mnie brat, streszczając mi przy okazji odcinek szósty, którego nie obejrzałam. Za drugim razem namówiłam się sama, bo przeczytałam w internecie, że w dziewiątym będzie retrospekcja. A ponieważ była to odsłona jak dotychczas zdecydowanie najlepsza, uznałam, że ten jeden odcinek, który został do końca serii, jeszcze jakoś przetrzymam. Ale dalsze oglądanie stoi pod wielkim znakiem zapytania.

Natomiast The Knick polecam waszej życzliwej uwadze, dziś odcinek czwarty i już nie mogę się doczekać. Tym się różni dobry serial od gorszego – w pierwszym przypadku nie możesz się doczekać kolejnego odcinka, w drugim – kiedy odcinek się skończy, a główny bohater umrze:>