Tym niemniej, obraz stosunków międzyludzkich, wyłaniający się z serialu, jest przekonująco zróżnicowany i autentycznie zajmujący (czego np. nie dało się powiedzieć o zdecydowanej większości pierwszego sezonu Mad men, która była tak przeraźliwie nudna, że prawie mnie pokonała, przy całym uwielbieniu, jakie mam dla późniejszych odsłon).
Oczywiście, regularnie szlag mnie trafiał z powodu zachowań samca alfa w wykonaniu niby to postępowego, oświeconego Billa Mastersa, ale taka najwyraźniej była intencja twórców. Oświecenie zawodowe nie przekłada się na oświecenie prywatne, można z wielką swobodą wmawiać żonie, że to ona ma problemy z płodnością, dawać w ryj i łamać karierę koledze, który ten problem rozwiązuje, zachowując się zgodnie z lekarską etyką, a także szantażować zwierzchnika ujawnieniem jego orientacji seksualnej, by uzyskać zgodę na badania.
Wszelkie próby wybielenia Mastersa (ciężkie dzieciństwo, bierna matka, problemy emocjonalne) w mojej ocenie spełzają na niczym. Ale postać tak jednoznacznie negatywna na pierwszym planie zdarza się rzadko i sama w sobie stanowi interesujące novum.
Najgorszym elementem całego sezonu jest w tym kontekście, niestety, scena finałowa, która pasuje do konstrukcji całości jak pięść do nosa. Pozostaje mieć nadzieję, że kontynuacja bardziej przypominać będzie resztę pierwszego sezonu. Z pewnością jest to jedna z najciekawszych – jak do tej pory – serialowych premier tego roku. Warto zwrócić na nią uwagę.