Wraz z finałem szóstego sezonu umarła nieodwołalnie resztka tego, co stanowiło o wyjątkowości bohatera i fenomenie serialu. Smutno i trudno przyjąć to do wiadomości, ale nie powiem, że znaki na niebie i ziemi tego nie zapowiadały. Zaczęło się od odstawienia Vicodinu, potem psychoterapia i "nowy, lepszy, trzeźwy House". Otóż gorszy. House umarł. Zostało zombie. Takie numery powinny być karalne.
ARGHarghargh.*
*Ten dodatkowy wrzący olej to dla scenarzystów.**
**Podpowiedzi szukajcie u Pratchetta, bodajże w Ostatnim kontynencie. Choć głowy nie daję.