The Killing – sezon 4, czyli: jak – bynajmniej nie delikatnie – zabić logikę postaci

Trzymajcie się z daleka.
I na tym mogłabym, w zasadzie, skończyć ten wpis. Ale gdzie by wtedy była zabawa? Ano… w lesie:> Właściwie miałam sobie już darować, bo traumę seansu zakończyłam w poprzednią sobotę, więc emocje zdążyły wywietrzeć i generalnie mi przeszło. Ale pomyślałam: nie, tak nie można, to mogą obejrzeć niewinni.
Realizując zatem zasadę odpowiedzialności społecznej na łamach tego oto bloga, przemogę się i spróbuję mimo wszystko nieco szerzej uargumentować swoje stanowisko/ostrzeżenie/postulat/prośbę/ocenę bogomniechbędądzięki ostatniej odsłony tego serialu. W związku z czym będą spoilery, ale takie, że naprawdę nie będziecie żałować zapoznania się z nimi, bo zaoszczędzą wam 6 godzin życia.
Jak, być może, pamiętają niektórzy spośród najwierniejszych czytelników, trzeci sezon podobał mi się bardzo, aż do idiotycznego rozwiązania zagadki tożsamości zabójcy nastolatek, o czym pisałam tutaj. Miał potencjał na zostanie najlepszym, został najgorszym. Logiczne wydaje się zatem pytanie, co skłoniło mnie do sięgnięcia po kolejny.
Odpowiedź to: przejęcie serialu przez Netflix i mała liczba odcinków (6 sztuk). Jedno i drugie dawało nadzieje na godne zamknięcie całej historii, która, było  nie było, skończyła się olbrzymim cliffhangerem. Nadzieje te wzmogło dosyć interesujące otwarcie serii, w którym poznaliśmy nastoletniego ucznia szkoły militarnej, znalezionego w rodzinnym domu z raną głowy. Zabawy z bronią się zdarzają, ale tu scenerii dopełniały malowniczo rozsiane po rezydencji zwłoki całej rodziny delikwenta (sztuk 4, rodzice i dwie siostry, młodsza lat 10). Nie trzeba Sherlocka Holmesa, nawet tego z BBC, co zagadki rozwiązuje wolniej niż ja, żeby odgadnąć, kto z miejsca zostaje głównym podejrzanym. Dowodów jednakowoż niedostatek, a raniony w głowinę chłopak zapadł był na amnezję pourazową i nie pamięta, żeby strzelał. Sprawę dostaje duet naszych bohaterów. Który aktualnie ma na głowie nieco ważniejsze rzeczy, bo właśnie wspólnie zatuszowali popełnione przez Linden zabójstwo.
Linden tradycyjnie schizuje, a dodatkowo (i to nieprzyjemna nowość) zachowuje się jak idiotka. Konkretnie – bez potrzeby przetrzymuje w domu dowody w postaci narzędzia zbrodni, łusek (z których jedną udaje jej się zgubić) i TELEFONU OFIARY. To ostatnie nie bez kozery wytłuściłam, bo na przetrzymaniu idiotyzmy się nie kończą. Królowa Śledczych Sarah L. a) wysyła z tego telefonu po jakimś czasie smsa do córki ofiary, podszywając się pod ofiarę; b) gdy już postanawia się go pozbyć, jedzie wrzucić go do jeziora na miejscu zbrodni.
Ponadto cały scenariusz oparty jest na takich psychologicznych kliszach, że aż zęby bolą. Dziewczyna Holdera zachodzi w ciążę, co indukuje w tym ostatnim lęk, że jako nałogowiec nie sprawdzi się w roli ojca. W konsekwencji… zgadliście, Holder wraca do nałogu.
Pojawia się syn Linden, który, widząc zły stan psychiczny matki, postanawia go pogłębić, aranżując spotkanie z jej wyrodną biologiczną matką, a swoją nigdy niewidzianą babcią. Mamy retrospekcje z małą Sarą z wiatraczkiem na wesołym miasteczku i makabryczny sen z tymże wiatraczkiem. Oraz ogólny dramat.
Dyrektorka szkoły wojskowej okazuje się niespełnioną baletnicą (OMFG, a to jeszcze nie było najgorsze…) i równie niespełnioną matką (owszem, najgorsze było to, czyją…).
Ostatecznie kołek w serce wbiło mi jednak zakończenie, rozgrywające się po latach, w którym Holder odszedł z policji i pracuje z narkomanami, a Sarah powraca, by odkryć, że jego związek jakże dogodnie się rozpadł, i (po krótkim namyśle) postanawia osiąść jednak w Seattle mimo niesprzyjających warunków pogodowych, by poszukać szczęścia u jego boku.
KURTYNA.
Słowem, nie wszystko złoto, co z Netflixa.