O matko i córko, jak mawiał mój ulubiony nauczyciel ever, czyli polonista z klas IV-VIII. Nie wiem, czy to przez beznadziejną pogodę (bardzo prawdopodobne), nagły a gwałtowny spadek możliwości umysłowych (średnio pawdopodobne), czy przez spadek formy autora, ale już co najmniej z rok nie czytałam żadnej książki przez 2 tygodnie. Jak to miało miejsce teraz właśnie w przypadku strasznie przeze mnie wytęsknionego Ustroju świata 1 Neala Stephensona. Na 350 stron, pierwsze 170 było prawdziwą męczarnią, Eliza pojawiła się w jednym zaledwie epizodzie, a Jack dopiero pod sam koniec (ale za to w jakim stylu!). 11 dni lektury na 175 stron, nawet jeśli są to dni wyczerpujące i biometeorologicznie tragiczne, to sygnał, że coś jest nie tak. Ja nie wiem, albo tę książkę piszą dwie zupełnie różne osoby pod wspólnym pseudo, albo Stephenson ma rozdwojenie jaźni. Druga połowa odstaje od pierwszej (in plus) o lata świetlne. Zaś pierwsza to w ogóle w mojej prywatnej opinii najmniej udana dotąd – by nie powiedzieć – zarżnięta z premedytacją – odsłona cyklu barokowego. Maniacko nudne pustosłowie bez choćby uncji uzasadnienia fabularnego.
I jak ja mam ocenić książkę wewnętrznie rozdartą? Nie wiem, a reckę napisać trza, ale to nie dziś.
P.S. A żeby Was powkurzać: mam PLO 2:)))
P.S.2 Spadam pograć w Wiedźmina – jak na razie to pierwsza gra z interfejsem dla niepełnosprytnych=>DLA MNIE!