Miałam co prawda nie pisać co najmniej do powrotu z Polconu i skupić się na nauce, ale nauka niespodziewanie poszła mi tak dobrze, że zdemobilizowało mnie to do wytrwania we wspomnianym postanowieniu. Zerknęłam dzisiaj na datę ostatniego wpisu i nie wytrzymałam. Zresztą – wszystko pozapominam przecież!
Zatem, zachowując mniej więcej chronologiczną kolejność, przedstawiam skrótowo ostatnie lektury.
Upadek Hyperiona, z którego jednakowoż zadziwiająco sporo, poza absolutnie główną osią intrygi, udało mi się zapomnieć, dzięki temu po raz kolejny okazał się odkryciem i rąbnął mnie przez durny łeb. Simmons umocnił swoją pozycję w panteonie twórców przeze mnie czczonych. Tutaj nieudolna i nieadekwatna próba ubrania przemyśleń z lektury w słowa, gdyby ktoś był jej przypadkowo ciekaw:) http://ksiazki.wp.pl/katalog/recenzje/rid,38753,recenzja.html
Złodziej kanapek Camilleriego okazał się brakującym kawałkiem układanki, której na imię Salvo, a na nazwisko Montalbano. Przebojem został też moją ulubioną historią o komisarzu i skłonił do pewnej (miejscami radykalnej) rewizji zaprezentowanych tu nieco wcześniej tez. Ale bohater i tak pozostaje dziwakiem. Bardzo polecam. Korzystając z pobytu w domu, zamierzam późniejszym wrześniem uzupełnić tom pierwszy – Kształt wody, który czeka na swoją chwilę od ponad roku, nabyty na jakiejś promocji w Merlinie. Jeszcze tylko Głos skrzypiec skądś wygrzebać i zaliczę komplet polskich przekładów.
Szczególnej Waszej uwadze chciałabym polecić Ofiarę 44 autorstwa niejakiego Toma Roba Smitha. Jest to znakomity kryminał, rozgrywający się (w większości) w latach 50-tych XX wieku w ZSRR. Głównym bohaterem jest młody i dynamiczny kagiebista, przeżywający ni stąd ni zowąd katharsis i zaczynający tropić seryjnego mordercę dzieci wbrew systemowi, który głosi, że morderstwa w Kraju Szczęścia się nie zdarzają. Wiem, że brzmi to wątpliwie, zwłaszcza że autorem jest Anglosas. Jednak nie tylko udało mu się uniknąć uproszczeń, ale stworzył cholernie wiarygodnych bohaterów i takiż obraz tamtejszej rzeczywistości. Sama początkowo byłam sceptyczna, ale opowieść porwała mnie tak skutecznie, że musiałam zastrzeżenia głośno odszczekać. Bardzo dobra, jak na debiut wręcz znakomita. Choć, chyba dla lepszej promocji debiutu właśnie, autor nie oparł się w końcówce pokusie i poczynił wątpliwej jakości nawiązanie. Ale, biorąc pod uwagę całą resztę, i to można mu wybaczyć.
Wyższa magia Kiry Izmajłowej, to kolejne pozytywne recenzenckie zaskoczenie, spodziewałam się bowiem straszliwej pseudoPotterowej ramoty, a dostałam rzecz zabawną, lekką, z fajnymi bohaterami i napisaną tak, jak lubię najbardziej – z niewymuszonym humorem i dystansem. Pierwszy i chyba nieostatni mój kontakt z rosyjską fantastyką (tzn. na pewno nieostatni, bo jeszcze 2 tomy Raduzowa do F, ale tu akurat nastawiam się na cierpienie:P). Komu wola wiedzieć więcej: http://ksiazki.wp.pl/katalog/recenzje/rid,38767,recenzja.html
Na koniec zostawiłam zaskoczenie zdecydowanie negatywne i OSTRZEŻENIE przed antologią FS Epidemie i zarazy: krótko i węzłowato, to najgorsza antologia, z jaką przyszło mi się mordować. Nie zmienia tego bardzo dobre opowiadanie Anny Kańtoch Światy Dantego i niezła Jakuba Ćwieka (choć ze skopanym, IMHO, zakończeniem) Dom na wzgórzu. Bo jest jeszcze SZEŚĆ pozostałych. Np. prawie stustronicowa zgroza Siedlara pt. Piwnica. Trzymajcie się od tego zbioru z daleka, jak od, nomen omen, najgorszej zarazy.