Heavy Light

Zgodnie z wcześniejszą obietnicą, kilka luźnych refleksji o Świetle (w sposób bardziej uporządkowany pisałam w recenzji, ale jeszcze jej nie ma, najwyżej podlinkuję później – zresztą, kto będzie zainteresowany, znajdzie bez problemu).

W ogóle trudno się pisze o tej powieści, która, choć zabrzmi to jak paradoks, jest równocześnie skrajnie uporządkowana i w tym samym stopniu chaotyczna.

Lepiej się czyta niż Viriconium, zdecydowanie:)))))) Nawet posiada fabułę, rozbitą na trzy wątki, ale niewątpliwą.
Największą zaletą Światła są dla mnie nie przyszłościowe gadżety i nie (przekombinowany, a później spalony IMHO) element s-f. Są nią portrety psychologiczne bohaterów, zwłaszcza dotyczy to Michaela i Anny Kearneyów, pojawiających się w wątku współczesnym (czas akcji: 1999). Mocne, przekonujące,świetnie przemyślane – aż strach się zastanawiać, skąd Harrison czerpał inspirację – przerażają. Zarówno Michael, jak i Anna są niewolnikami własnych strachów i obsesji. Samotnymi, desperacko szukającymi ocalenia i pragnącymi bliskości, smutnymi ludźmi. Od tych pragnień uciekają w różnego rodzaju natręctwa, nie chcą ich nawet nazwać. Znów – ze strachu. Chapeaux bas.
I nie potrafię pojąć, jak facet, który od niechcenia tworzy coś takiego, w wątku kolejnym, pilotki K-statku Serii-Mau (czas akcji:2400), mógł zabrnąć w tak ordynarną psychologiczną sztampę. Tutaj za to są ciekawe gadżeciki – przede wszystkim sam K-statek, wymagający od pilota pełnej integracji, czyli poświęcenia człowieczeństwa, a przynajmniej jego fizycznej części. I o ile PYTANIA z tego wątku (czym jest człowieczeństwo, gdzie się kończy?) są intrygujące, to odpowiedzi rozczarowują kliszowością.
Na szczęście w wątkach jest 2:1 dla dobrych, bo ostatni, bohatera, który się skończył i stoczył, Eda Chianese, mimo idiotycznego motywu z przepowiadaniem przyszłości poprzez wkładanie głowy do akwarium, jest niezły (nie bardzo mogę tu wejść w szczegóły).
Imponuje stopień kontroli, jaką Harrison ma nad tekstem, niektóre motywy czy frazy pojawiają się to tu, to tam, migrują między historiami, sugerując "drugie dno". Styl jest bez zarzutu, choć ostentacyjnie chłodny, ale godny podziwu. Pojedyncze zdania wręcz zachwycają trafnością i lekkością zawartych w nich obserwacji.
Niestety, wbrew wplatanym systematycznie zachętom do intertekstualnej zabawy w poszukiwaniu klucza do zakończenia, drugie dno okazuje się bardzo płytkie, jeśli chodzi  o wątek fantastyczny. W tym zakresie Światło pozostaje niespełnioną obietnicą.
***
Teraz natomiast czytam coś (nie umiem tego jeszcze zaklasyfikować:P), co nazywa się Upadli, niejakiej Lauren Kate i stanowi tak biegunowo odmienny typ literatury od Harrisona, że prawie mi się zwoje mózgowe z radości wyprostowały:D Znaczy, teen fantasy, o miłości przeklętej i ponadczasowej, co to kolejne inkarnacje kochanków bariery dla niej nie stanowią, hej! I znowu te nagłe uderzenia gorąca (u bohaterki, mnie jeszcze do menopauzy ciut brakuje:>), poczucie niewytłumaczalnej więzi, a wszystko to w poprawczaku o swojskiej nazwie Miecz i krzyż. W tle śmigają jakieś Cienie (acz drogowskazu na Mordor jeszcze nie widać). I’ll keep you posted:>

A poza tym dostałam od rodziców Tai-pana na urodziny:)

Dodaj komentarz