Nawet nie chcecie wiedzieć, czemu mnie nie było. A poważnie: zęby, robota, życie i dziwne pomysły, żeby mieć jeszcze mniej czasu dla siebie.
W międzyczasie przeczytałam wspaniałą książkę, którą chciałabym wam gorąco polecić, i która jest dowodem na to, że nie zawsze bestseller=zło.
Mowa o Służących Kathryn Stockett. Świetnie napisana, wciągająca, bez patosu oswajająca kwestie ważne, historia o ludziach z dwóch światów: pomocach domowych i ich "białych paniach". O tym, jak światy te się przenikają. Jak kształtują się wzajemnie. Jak ze sobą walczą. Potrzebowałabym więcej czasu, żeby napisać coś sensowniejszego (a niestety go nie mam, bo muszę nadrabiać wywołane fanaberiami zaległości w pracy i nauce). Ale serio: śmiech i łzy. To świadczy o wartości tej książki.
Później obejrzałam ekranizację, która, choć może obiektywnie niezła, w porównaniu z pierwowzorem wydała mi się boleśnie uboga. Jeśli więc ktoś chciał poprzestać na seansie, namawiam do zmiany zdania. Powieść jest zupełnie inna. I o wiele lepsza.
Chciałam również przestrzec was przed inną pozycją, którą, mimo niewielkiej objętości, katowałam przez 2 tygodnie, z przerwą na Służące. Niech was bogowie chronią przed sięganiem po Awanturę na moście Marcina Hybela. Ja nie wiem, jak doszło do tego, że ktoś coś tak tragicznego wydał jako komedię, i w dodatku pomyślaną jako pierwszy tom cyklu. Ale wiem jedno. Nie tykać! 0/10