Tak bym chciała móc rzucić wszystko i skończyć Szoguna maks w tydzień, jak za starych, dobrych czasów. Ale tak to jest. Nie ma już kiedy czytać na bieżąco nabywanych nowości, nie mówiąc o luksusie powrotu do ulubionych staroci. Takiego wiedźmina przez pierwsze dwa lata przeczytałam cztery razy. A ostatni raz chyba z 8 lat temu (po drodze ze dwa razy odświeżałam sobie opowiadania). Trylogia – będzie z jedenaście lat. O Muszkieterach, których przywiozłam sobie w oryginale z Paryża w 2008 w celach samokształceniowych, nawet nie wspominam, bo oczywiście ciągle leżą. I czekają.
Ciekawe, czy wynajdziemy kiedyś oprogramowanie, które umożliwiałoby czytanie podczas snu.
W zimie sobie odbiję, kiedy jak zwykle będzie mniej rzeczy do zrobienia.
A po Szogunie w kolejce czeka Reamde. Jeszcze większa cegła.
W kontekście powyższego właściwie nawet nie powinnam pytać, czy warto się zainteresować reedycją Malazańskiej Księgi poległych.