Lepperiada

Mam czas na wpis! W dodatku mam materiał na pozarecenzencki wpis książkowy. Najpierw jednak wstęp osobisty:) Jeśli chodzi o Andrzeja Leppera, fascynował mnie od początku swojej politycznej kariery. Samoobronę postrzegałam jako niesamowity fenomen społeczny. Śledziłam wszystkie związane z partią ważniejsze wydarzenia. Kiedyś nawet przeczytałam program, na co nie zdobyłam się w całości w stosunku do żadnego innego ugrupowania. Zrobiłam to na potrzeby licealnego wypracowania z WOSu, które ku swej wielkiej radości odnalazłam jakiś czas temu, porządkując szafki. Temat brzmiał: "Moja ulubiona partia polityczna". Wypracowanie utrzymane było w tonie ironicznym, ale mogłam sobie na to pozwolić, bo znałam swoją panią profesor i wiedziałam, że doceni żart. Byłam już na studiach, kiedy Lepper przebił Nikodema Dyzmę i wszedł do rządu (przypominam, powieść Dołęgi-Mostowicza kończy się tak, że nie wiemy, czy bohater przyjął stanowisko premiera, czy też został zdemaskowany przez szwagra). Nieco wcześniej otrzymałam w prezencie od znającej moją fascynację współlokatorki Listę Leppera, którą z zachwytem przeczytałam, mimo że pisał ją niewątpliwie ghost-writer. W każdym razie, zawsze marzyłam o napisaniu książki o Lepperze i jego partii. Serio. Coś takiego – mam na myśli zjawisko społeczne – prędko się chyba nie powtórzy. Marcin Kącki mnie wyprzedził, więc ebooka Lepperiady kupiłam zaraz po premierze bez najmniejszego wahania. Trochę bez sensu, bo miałam czas na lekturę dopiero po miesiącu, a w międzyczasie potaniał o ponad 5 PLN, no ale mówi się trudno i żyje się dalej, a poza tym: kto bogatemu zabroni, nie?:)
I muszę powiedzieć, że wrażenia z lektury mam niestety dosyć mieszane. Po części zapewne wynika to ze śledzenia tematu na bieżąco. W związku z tym nowe dla mnie były głównie szczegóły punktów zwrotnych w historii partii oraz okresu "przedsejmowego". Mocno liczyłam na to, że dowiem się czegoś więcej o okresie po wypadnięciu Samoobrony z głównego politycznego nurtu, a także o możliwych przyczynach samobójstwa Leppera (i nie chodzi mi o hipotezy na poziomie brukowcowym). Kwestiom tym Kącki poświęca jednak dosłownie kilka stron pod koniec reportażu. Sporym zaskoczeniem było też dla mnie, że tekst skończył się, gdy wyświetlacz Kindle’a wskazywał 80%. Reszta to bibliografia, bardzo rzetelna, to prawda, budząca szacunek dla pracy włożonej przez autora w przygotowanie tekstu. Ale 20% objętości publikacji? Pierwszy raz zdarzyło mi się coś podobnego. Oczywiście, warsztat autora nie budzi zastrzeżeń, teksty czyta się płynnie i z zainteresowaniem, wręcz za szybko, powiedziałabym:) Reasumując – mniejszym niż ja fanom zjawiska symbolizowanego przez krawat w biało-czerwone pasy polecam ten solidny reportaż. Może nie porywa, ale niewątpliwie jest interesujący.

Dodaj komentarz