Jak wspominałam jakiś czas temu, praktycznie nie ma u mnie dnia bez serialu. Postanowiłam w tym roku się zmobilizować do pisania o nich nieco częściej. Na początek dwie nowości i jeden restart serii.
True detective – historia dwóch śledczych z Luizjany, gdzie bieda, duże połacie pustych przestrzeni i mrok występują w ilościach hurtowych. HBO to znak jakości i po pierwszym odcinku byłam może nie zachwycona (nieco rozwleczony był), ale pełna dobrych przeczuć. Taki noir z najciemniejszej części skali, silnie skupiony na wątkach społeczno-obyczajowych. Z bohaterami, którzy intrygują, i nieco szablonową, ale mimo wszystko ciekawie rozpoczętą sprawą rytualnego mordu. Klimat, który można kroić nożem, i prześliczne dialogi.
Wczoraj obejrzałam drugi odcinek i bohaterowie (jeden i drugi – tzn. niby przykładny ojciec rodziny oraz totalny wrak po traumatycznych przejściach) zaczęli mi działać na nerwy. Podobnie jak wlekąca się fabuła, która ruszyła w dwóch ostatnich minutach (stary telewizyjny numer, ale to nie poziom Broen, gdzie cliffhanger był akceptowalny jako wisienka na piętrowym torcie epizodu). Ale może po prostu miałam słabszy dzień. Bo ta ich bełkotliwa dykcja (że niby "siostro, pająk mnie ciągnie, a kryzys egzystencjalny czyni porządną artykulację wysiłkiem poza zasięgiem") to jednak skupienia wymaga.
No, w każdym razie seria ma spory potencjał. Wciąż jeszcze. I na pewno będę oglądać dalej.
The Musketeers – tak, wiem, przerabiać Dumasa na serial to herezja. Ale skusił mnie śliczny D’Artagnan z trailera (na pytanie, skąd ja go znam, znalazłam odpowiedź dopiero dzisiaj – stajenny Paolo z The Borgias!). I szczerze powiedziawszy, pilota oglądało mi się lepiej niż drugi odcinek True detective. Czym chyba nikt nie jest bardziej zaskoczony niż ja sama, fanatyczna wielbicielka wersji powieściowej. A tu na dzień dobry są mocne zmiany. Ale nie oczekiwałam ekranizacji. Ucieszyła mnie obecność licznych nawiązań do pierwowzoru, a przede wszystkim to, że – mimo fabularnych zmian – zachowany został duch powieści. Obsada całkiem mi się podoba, ze szczególnym uwzględnieniem kardynała (Capaldi), a z wyjątkiem hrabiny Winter. Choć przed seansem postawiłabym brylanty przeciwko pustym orzechom, że moja przygoda z tą serią skończy się na jednym odcinku, teraz jestem pewna, że potrwa dłużej. Tak się robi produkcje "na motywach", twórcy serialowego wiedźmina.
Death in paradise – tyle się naczekałam na trzecią serię, a tu w pierwszym odcinku twórcy zrobili mi wyjątkowo brzydki numer. Wymiana głównego bohatera, na którym produkcja stoi i do którego widz się przywiązał, to naprawdę nie jest zabawny żart. Mimo wszystko nowemu szansę dam, bo jest inny, ale sympatyczny. Jednak to BOLAŁO.