Pułapka marketingowa (Bartosz Sadulski, Szesnaście na Bourbon)

Nie dałam się skusić machinie marketingowej na debiut Sadulskiego, czyli Rzeszot. Ale czy mogłam się oprzeć Szesnastu na Bourbon?
Pełna humoru, tajemnic i skandali historia w duchu powieści płaszcza i szpady. W 1673 roku ze szpitala Salpêtrière w Paryżu zostaje uprowadzonych 16 kobiet. Z polecenia króla Ludwika XIV mają dopłynąć okrętem „Dunkerquoise” na wyspę Bourbon, by wyjść za mąż za francuskich kolonistów. Zagadkowe tożsamości i często kontrowersyjne losy Francuzek sprawiają, że tak daleka podróż okazuje się dla nich szansą, a nie zagrożeniem.
Szesnaście na Bourbon to szkatułkowa historia oparta na prawdziwych wydarzeniach, przedstawiona tak barwnie, że ciężko rozróżnić, co jest prawdą, a co fikcją.
Tyle blurb. Na który się dałam złowić. A trzeba było zostać na brzegu, a nawet, w razie potrzeby, zaprzeć się rękami i nogami. Gdybym miała wskazać tytuł, który bardziej mnie wymęczył w ostatnim półroczu, nie byłabym w stanie tego zrobić (a zwróćcie uwagę, że zaledwie wczoraj wrzucałam tu wrażenia z naprawdę słabego ósmego tomu Bergmana). Innymi słowy, ku zaskoczeniu absolutnie nikogo, blurb kłamie. Nie ma tu żadnego płaszcza i szpady, humor jest wysilony, a paleta barw może co najwyżej przyprawić o chorobę morską.
Ale chroń mnie, Panie, od erudycyjnych popierdółek, napisanych, żeby tylko stypendium nie przepadło. Serio, miejcie litość sami nad sobą i trzymajcie się od tego z daleka. Aż dwie gwiazdki, bo na początku dało się to jeszcze czytać i miało kilkanaście zabawnych wstawek. Przez co domęczyłam, bo może mnie autor zaskoczy jakąś błyskotliwą woltą. Nic takiego nie nastąpiło. Czy kiedyś wreszcie się nauczę?