Piramida z bzdur (Wojciech Chmielarz, Zbędni)

Zawsze jest mi przykro, kiedy muszę negatywnie napisać o pozycji autora lubianego. Dominująca tendencja jest taka, że jak już ktoś wtopi maksymalnie dwa razy (ale poważnie, a nie, że trochę słabsza książka niż zazwyczaj, bardzo niewielu autorów trzyma stały, równie wysoki poziom za każdym razem, oczekiwać czegoś takiego byłoby zresztą głupotą), to się z nim żegnam, bez żalu z mojej strony. Zbyt wiele książek i za mało czasu. Wojciech Chmielarz jest wyjątkiem od tej reguły, a Zbędni są jego niemal najgorszą powieścią, jaką przeczytałam. Miałam dać dwie gwiazdki na Goodreads, jedną rezerwując dla Rany (absolutnie najsłabszej książki w dorobku autora, jaką przeczytałam – a czytałam wszystko poza cyklem z Bezimiennym). Ale, myślę sobie, po znakomitej Długiej nocy – coś takiego nie zasługuje na taryfę ulgową. Zbiegi okoliczności są ok, ale trzeba zachować jakiś umiar, bo inaczej lądujemy w kiepskiej telenoweli czy innej farsie. No ludzie kochani, szanować tego czytelnika chociaż na minimalnym poziomie – to chyba nie jest wygórowane oczekiwanie? Tymczasem tutaj nic nie działa, poza całkiem fajnym pomysłem wyjściowym – dozorca z kempingu w Karkonoszach po pijaku potrąca kobietę, urządza jej pochówek w lesie, ale o zdarzeniu nikt nie wie, a ofiary nikt nie szuka. Poza samym dozorcą, którego zaczyna prześladować poczucie winy, spersonifikowane jako duch zamordowanej – by odzyskać spokój, Jasiek zaczyna własne nieporadne śledztwo. Mógłby to być początek czegoś ciekawego, tymczasem dostajemy, przyfastrygowany do głównej linii fabularnej jedynie autorskim chciejstwem, patchwork naciąganych wątków, z których jeden jest głupszy od drugiego (a konkurencja jest ostra, wierzcie mi na słowo, nie wejdę w szczegóły, choć miałabym ochotę, ale nie na streszczaniu polega pisanie opinii – tytułem drobnego przykładu podam, że jednym z bohaterów jest alfons, zbyt nieśmiały, by wyznać miłość jednej z pracujących dla niego dziewczyn, ale najwyraźniej niemający problemu z tym, że kobieta, którą pokochał, sypia z innymi facetami dla kasy, z której odpala mu dolę), a finałowy stos trupów jest niższy tylko od fury naciąganych absurdów, prowadzących do jego powstania. Postaci są pozbawione charakteru, a fabuła jakiegokolwiek prawdopodobieństwa. Duże rozczarowanie. O ile początkowo ceniłam Chmielarza za wychodzenie ze strefy komfortu i pisarskie eksperymenty z różnymi formatami, tak o Zbędnych mogę powiedzieć, że tytuł mają wyjątkowo proroczy – są chałturą już nawet nie poprawną, a po prostu byle jaką, ale jak się wydaje dwa tytuły rocznie, to kiedyś wreszcie tych pomysłów na poziomie musi zabraknąć. Polecam za to niezmiennie cykl o komisarzu Jakubie Mortce. Trudno wprost uwierzyć, że powieści na tak skrajnie różnym poziomie wychodzą spod tego samego pióra.