W tym tylko jedno z nich jest ptakiem. Sokół to luksusowy liniowiec wycieczkowy, na którym w 2009 roku Nicholas Fandorin i jego brytyjska, sędziwa, sparaliżowana od pasa w dół po udarze i obrzydliwie bogata ciotka odbywają rejs wycieczkowy.
Jaskółka to lekka fregata korsarska, na którą, jako medyk okrętowy Epiné, wsiada w 1702 roku nastoletnia Letycja de Dorn, daleka krewna (przodkini) magistra historii Fandorina. Chce płynąć na Barbados, by uwolnić ojca, który jest zakładnikiem tamtejszych piratów, domagających się za jeńca wysokiego okupu. Musi ukrywać swoją płeć i prawdziwy cel podróży przed przesądnymi marynarzami. A maskarada to zaledwie początek jej rozlicznych problemów…
Oba plany czasowe czwartej powieści Borysa Akunina z cyklu Przygody magistra łączy natomiast wcześniej wspomniany prawdziwy ptak. Papuga, i to nie byle jaka. Nie dość, że japońska, bo takich już w przyrodzie nie ma, to jeszcze, i owszem, długowieczna. Tak, przeżyła (przynajmniej) ponad 300 lat. W dodatku ma duszę i myśli. A Akunin czyni ją (a raczej jego, bo to samczyk jest) głównym narratorem swojej powieści. Papuga prowadzi czytelnika przez ponad 300 stron wątku historycznego Sokoła i Jaskółki. W wątku współczesnym, o połowę krótszym, narrator jest już zwyczajny.
Owszem, słyszę, jak walicie czołami w blaty swoich biurek. W zasadzie też miałam na to ochotę, gdy okazało się, że Akunin zabrał się za zabawy z elementem fantastycznym. Jak bowiem pokazuje przykre doświadczenie, zwykle wychodzą mu one, by ująć rzecz eufemistycznie, średnio (por. Pelagia i czerwony kogut, powieść z wprost dramatycznie skopanym metafizyką zakończeniem).
Jednak… gdy już się człowiek przyzwyczai, że narrator jest ptakiem, i nauczy się ten fakt ignorować, z zadowoleniem odkrywa, że ma do czynienia z całkiem udaną historią o poszukiwaniu skarbu (cały czas tego samego). W której nie brakuje zgrabnych paralel i autentycznych zaskoczeń. Jest to bowiem wciąż Akunin, zręczny pisarz, postmodernista i znawca popkultury. Jeśli lubicie pirackie klimaty, nie będziecie zawiedzeni, bo powieść jest więcej niż niezła.
Niemniej, czuję się w obowiązku zaznaczyć, że w ramach cyklu o przygodach magistra historii wypada ona zdecydowanie najsłabiej. Jeśli tego rodzaju gra planami czasowymi i zabawa z konwencją przypadnie wam do gustu, serdecznie polecam poprzednie odsłony perypetii Niki Fandorina. Chronologicznie: Skrzynię na złoto, Lekturę nadobowiązkową oraz F.M. (drugi tekst od góry).
P.S. Za książkę serdecznie dziękuję Mikołajowi. Świętemu, bo znalazłam ją w zeszłym roku pod choinką.