Czyli proza czytania, która może zarazem skutecznie zabić część radości czytania. Uwagi na marginesie lektury zbiorczego wydania Ziemiomorza Ursuli K. Le Guin.
Wydanie, trzeba przyznać, przepiękne (zdjęcie pozwoliłam sobie pożyczyć z wpisu Padmy na Mieście książek). Jak na swoją objętość, czyli 944 strony wcale niezbyt dużego druku, nawet nie takie ciężkie, pewnikiem z tego lżejszego papieru. Sześć powieści (no, dokładniej to 5 i jeden zbiór opowiadań) w jednym, więc i nie dziwota, że gabaryt słuszny.
Dostałam na Gwiazdkę, na własną prośbę, bo chciałam nadrobić zaległość w klasyce fantasy. Zabrałam się za to w ostatnim czasie, korzystając z przerwy w dostawach pozycji do recenzji. Chyba się starzeję, albo Kindle rozbestwił mnie już w sposób ostateczny. Ręce mnie bolały!
Dla wyjaśnienia, najczęściej czytam, leżąc na plecach, a jako żem krótkowidz, minęły już bezpowrotnie te piękne dni, kiedy mogłam oprzeć sobie książkę o podciągnięte kolana. Z tego samego powodu dość niewygodnie czyta mi się książkę leżącą na biurku/stole/innej płaskiej powierzchni, przy której można usiąść. Czytanie na brzuchu odpada, po pierwsze – nie lubię, po drugie – mam problem z kręgosłupem.
Przeczytałam na razie trzy pierwsze części, czyli tzw. klasyczną trylogię (Czarnoksiężnik z Archipelagu, Grobowce Atuanu, Najdalszy brzeg). O wrażeniach stricte literackich napiszę osobno, naprawdę warto. Natomiast logistyka wpłynęła na wolniejsze niż zazwyczaj tempo lektury (wyjątkiem były jedynie Grobowce, bo naprawdę mocno mnie wciągnęły i zaanektowałam sobie fotel do czytania) oraz zarządzenie przerwy po Najdalszym brzegu. Muszę chyba wzmocnić ręce:D