Biały miś bardzo niegrzeczny, nie tylko dziś

Dopiero po miesiącu (z czego dwa i pół tygodnia ukradł Vandermeer, a kilka dni psa:/) udało mi się skończyć najnowszą powieść Dana Simmonsa pt. Terror. Książka, choć pod względem rozwiązań stylistycznych (szczególnie zmiennej perspektywy narracyjnej), nie przynosi niczego, czego by autor nie zaprezentował w swych wcześniejszych dziełach, gatunkowo jest czymś świeżym. Po raz właściwie pierwszy to nie s-f, a historia alternatywna z domieszką grozy najzupełniej realnej. Właściwie określenie historia alternatywna jest nie do końca adekwatne, bo prawdziwej wersji wydarzeń, które doprowadziły do zagłady 129 członków ekspedycji sir Johna Franklina nie zna nikt, zatem nie ma wobec czego tworzyć alternatywy. Wyprawa złożona z dwóch statków – Erebusa i Terroru – wyruszyła w maju 1845 na poszukiwanie przejścia Północno-Zachodniego. Niestety, oba statki szybko i na długo utknęły w lodzie. Istniejące i pochodzące od załogi wiadomości o losach ekspedycji są, łagodnie mówiąc, bardzo szczątkowe. Mimo to Simmons gruntownie zbadał wszelkie dostępne źródła i wykorzystał w swojej opowieści wszelkie zgromadzone w nich szczegóły. Na tym wątłym szkielecie nadzwyczaj pieczołowicie wzniósł konstrukcję, której luki – jakże dogodnie spore – wypełnił już własną inwencją.

Główna akcja obejmuje okres zaledwie dziewięciu miesięcy – od października 1847 do sierpnia 1848. Do tego dochodzą retrospekcje dotyczące początku wyprawy – w pierwszej części powieści narracja jest mocno achronologiczna, co pozwala uzyskać ciekawy efekt – najpierw się dowiadujemy, że jakieś wydarzenie miało już miejsce, a dopiero później poznajemy jego szczegółowy przebieg – i, w części końcowej, przeskok w przyszłość, do roku 1851.

Nie jest przesadą nazwanie Terroru monumentalnym – prawie 600 stron drobnym drukiem, w dość sporym formacie na dodatek (uwaga techniczna – na szczęście książka nie jest ciężka, a miękka okładka zupełnie nieźle "się poddaje" – inną kwestią jest wytrzymałość tomu w czasie, już po pierwszym czytaniu są oznaki, że za jakiś czas zaczną wypadać kartki). W tak rozległym tekście trudno utrzymać stały poziom napięcia i tempo akcji. Świeżo po lekturze (i w trakcie) miałam autorowi za złe dłużyzny w środkowej części (około 150 stron). Po przemyśleniu doszłam jednak do wniosku, że zdecydował się na detaliczne, rozbudowane, pozornie niczego niewnoszące do akcji opisy nie bez przyczyny – pozwalają choć trochę się wczuć w sytuację członków wyprawy. Beznadziejna monotonia uwięzienia w lodzie, przytłaczająca bezradność, depresyjna rutyna – to właśnie jest jednym z najstraszliwszych elementów tej dosłownie mrożącej krew w żyłach historii. Bez tego nie byłaby ona autentyczna, jako ciąg fabularnych fajerwerków stałaby się parodią, a nie próbą prawdopodobnego psychologicznie odtworzenia przebiegu ekspedycji. Poza tym, czy to dzięki zaburzeniu chronologii, czy dzięki częstym zmianom perspektywy narracyjnej, czy dzięki znakomitemu merytorycznemu przygotowaniu do pisania o trudach wyprawy polarnej – Simmons umie przez większą część opowieści podtrzymać zainteresowanie Czytelnika, a wtedy, gdy rzuca na tak przygotowany ruszt fabularne rarytasy, od książki wprost nie sposób się oderwać.

Wielką zaletą są – jak zwykle – postaci. Kilka głównych relacjonuje nam wydarzenia najczęściej, ale swoje krótkie raporty o poszczególnych zdarzeniach daje też kilkunastu bohaterów pobocznych, którzy akurat w tych partiach akcji odgrywają znaczącą rolę. Do moich ulubieńców należą dwie postaci biegunowo odmienne:

 – twardy, zakonserwowany wewnętrznie wieloletnim aplikowaniem whisky irlandzki komandor Terroru Francis Croizier, cynik i wielbiciel Lewiatana Hobbesa, a zarazem romantyk o zranionym na wieki sercu, rozpaczający po swej pierwszej i jedynej miłości

– oraz doktor Harry Goodsir, który marząc o zostaniu odkrywcą dobrowolnie kupił bilet do lodowego piekła, gdzie odebrał przymusową lekcję prawdziwego życia – ten laik w kwestiach żeglugi i przetrwania na lodzie, mimoza i tchórz, stopniowo odkrywa w samym sobie cechy i zdolności, których istnienia nie podejrzewał;

Obok nich jest rzesza innych, każdy zapewne znajdzie własnego ulubieńca. Simmonsowi nie trzeba wiele, by stworzyć żywą i przekonującą postać, którą, zgodnie z jego wolą, z miejsca polubimy (np. lodomistrz Blanky, Harry Peglar, steward Bridgens) lub znielubimy (sir John Franklin, mat Hickey, sierżant Tozer) i korzysta ze swych niezwykłych umiejętności bez ograniczeń, często jednak pozostawiając aurę niedomówienia i ostateczny osąd pozornie zdefiniowanych aktorów lodowego dramatu samemu Czytelnikowi.

Prócz standardowych zagrożeń, takich jak mróz, głód, szkorbut, botulizm, bunt i kanibalizm, na uwięzionych przez naturę marynarzy czyha coś jeszcze – tajemniczy, olbrzymi i piekielnie inteligentny potwór z lodu, który metodycznie nęka ekspedycję, według dziwnego klucza wybierając ofiary i momenty ataków. Racjonaliści – czyli głównie kadra oficerska – uważają go za wyjątkowo wielki okaz niedźwiedzia polarnego. Zabobonni prości marynarze widzą w nim rozgniewanego eskimoskiego boga lub – po prostu – diabła. Z upływem czasu szeregi pierwszego stronnictwa topnieją…

Rozwiązanie zagadki potwora niektórzy uważają za słaby punkt książki – i w pierwszym odruchu gotowa byłam się z tym zarzutem zgodzić, ale potem, gdy rozważyłam dostępne alternatywy, wyjście wybrane przez Simmonsa, choć wygodnie ex machinowate – zaczęło mi się jawić jako jedyne zgodne z wewnętrzną logiką opowieści. Jedynym zgrzytającym elementem była – już wcale nie tak konieczna – ale dająca ocalenie – przemiana jednego z bohaterów. Tu jestem skłonna się zgodzić, niewiarygodne, nawet mimo jego "daru".

Chciałam na zakończenie porównać Terror do innych książek Simmonsa, ale chyba mija się to z celem, jest od nich zbyt różny. Jedyne, co mogę powiedzieć z pewnością, to, że subiektywnie podobał mi się bardziej od Olimpu, a na równi z dylogią Endymiona.

Trzeba mieć to coś, by sprawić, ze w temperaturach mocno ujemnych wciąż jest gorąco:) 8/10 i polecam.