Druga pięta Achillesa

 

Nadszedł czas wyjaśnienia zagadek z Ilionu i poprowadzenia trzech głównych wątków – ludzkiego, morawieckiego i homeryckiego ku nieuniknionemu przecież finałowi. Autora, że sparafrazuję pewnego polityka, poznaje się wszak nie po tym, jak zaczyna. Kończy, niestety, nieco słabiej niż zaczął. Ale tylko nieco. Poziom utrzymała wariacja na temat Homera, a wątek morawców najmocniej ciągnie całość w dół. Głównie z powodu zastraszającej ilości naukowego bełkotu na temat kwantów, kollapsów, jakichś zagadkowych nadaktywności i niestabilnych czarnych dziur. Oraz dziur w branie, cokolwiek to jest. Może i to wszystko nie są bzdury wyssane z palca i świat rzeczywiście tak funkcjonuje, a Achilles był kwantową osobliwością, bo mógł zginąć tylko ze ściśle określonej ręki, w ściśle określony sposób. Ja wolę wersję dla humanistów, w której woda ze Styksu czyni jego ciało odpornym na pociski. Wiem, w sumie wychodzi na to samo. Jednak statystycznemu czytelnikowi wyższa fizyka jest obca. I nie fascynują go rozważania na jej temat, ciągnące się przez dziesiątki stron,  z których wyskakują niby Filip z konopi logiczne wnioski taktyczno-strategiczne i próbują udawać, że to równie oczywiste jak dwa a dwa cztery. Nawet Proust i Szekspir oraz sympatyczne postaci Orphu i Mahnmuta nie poprawiają bilansu tego wątku, co stwierdzam z przykrością.
            Nieco lepiej prezentuje się wątek ludzki, mimo podjętych przez bohaterów „Burzy” – Prospera i Ariela – prób zamącenia czytelnikowi w głowie. Pomijając mętne i przydługie monologi tychże oraz nieco zbyt rozbudowany opis inwazji wieloramiennego Setebosa na Ziemię (zwłaszcza biorąc pod uwagę, jak łatwo się potem stamtąd wyniósł – swoją drogą dziwne posunięcie, zapowiadała się trudna i długotrwała walka, wszak nawet przemorfowani w bogów postludzie mieli problemy z pozbyciem się Setebosa, kiedy już zakończyli wojnę z tytanami…), reszta jest całkiem ciekawa. Harman jako Prometeusz ciut naciągany, ale konsekwentny w swym heroizmie i sprawiedliwie ocalony. Walka społeczności Ardis o przetrwanie odmalowana z odpowiednim dramatyzmem (może nieco za łatwo było zlikwidować pomiot Setebosa, ale pewnie znowu się czepiam), wiernie oddany mechanizm powstawania konfliktów w zdesperowanej grupie. Jednak bezsprzecznie największy plus należy się Simmonsowi za przewrotną grę z „Odyseją”, do której posłużyła postać Odysa-Nomana. Nowe oblicze Kirke i propozycja nie do odrzucenia, jaką złożył jej król Itaki, to modernistyczny ( wiem, brzydkie, wytarte słowo, ale w tym wypadku adekwatne jak rzadko kiedy) majstersztyk, wyrównujący poprzednie wady.
            A już ich prawdziwym nagromadzeniem jest wyraźnie najlepszy, jak wcześniej wspomniałam, wątek homerycki. Zeus, uśpiony przez zdradziecka Herę, zamierzającą sprowadzić wojnę na dawne tory, to jeszcze małe miki. Na pierwszy plan wysuwa się w tym tomie Achilles, szybkonogi i wrażliwopięty mężobójca. A także niewiastobójca. Miał pecha zabić Pentesileję, królową Amazonek, pokropioną przez Afrodytę perfumami feromonowymi numer dziewięć. I zakocha się w zwłokach. Było wąchać? W związku z czym musi się udać do kadzi regeneracyjnych na Olimpie, które, zgodnie z zapewnieniem Ateny, przywrócą jego ukochanej życie. Tak więc drugą piętą Pelidy zostaje serce. A to dopiero początek krętej drogi, która zawiedzie go między innymi do Itaki i Tartaru. I którą aż chce się śledzić.
            Trojan i Achajów pogodziło trzęsienie ziemi, strącające Ilion z terraformowanego Marsa na klasyczną ziemię. Kto by się w takiej chwili przejmował drewnianymi końmi? Po zakończeniu wojny śmiertelników z bogami zrobiło się jakby nudno, a że obudzonemu i wkurzonemu Zeusowi zamarzył się monoteizm, przyszedł czas na pucz. A że w puczu każda para rąk się liczy, buntownicy sprzymierzają się z tytanami i historia bogów zatacza krąg. Wynoszący na szczyt Hefajstosa – zawsze powtarzam, żeby nie lekceważyć kuternogów:P

            Podsumowując – w Ilionie wszystkie wątki były na równym, bardzo wysokim poziomie, co sprawiało, że nie sposób było oderwać się od lektury. W pierwszy tom Olimpu ciężko się wciągnąć, rozkręca się dopiero pod koniec. W drugim za to dzieje się a dzieje. I znów wsysa. Po całość warto zatem sięgnąć, a początkiem nie warto się zniechęcać, choć mocno kontrastuje z tym, do czego przyzwyczaja monumentalna część pierwsza dylogii. Cóż, nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki…