Ach, ta suka ironia…

A gdyby tak przenieść Troję na terraformowanego (uziemionego:>) Marsa? Razem z Olimpem, bogami, herosami, zdzirami, kapłankami, drewnianym zwierzyńcem i całym pozostałym dobrodziejstwem inwentarza?

Sprowadzić z "dawnej ery" – XX wieku – paru znawców dzieła Homera ( zrekonstruować ich z DNA – dla bogów to w końcu małe miki), żeby mieli bajzel na oku i zainscenizować pierwszą i najsławniejszą w dziejach wojnę o , że powtórzę za Zagłobą, "ryżą kosę?"

Z wojenki zrobić swoiste reality show, które za pośrednictwem całunów turyńskich (żaden Brown – high, a nawet nanotech:P) będą podziwiać "nowi ludzie", pozbawieni legend, historii, wiedzy o przodkach i wszelkiej indywidualności. A co za tym idzie, tak zwanych "wyższych potrzeb". Bo tak ich zaprogramowali postludzie. A potem coś ich tak wystraszyło, że spakowali manatki i opuścili Układ Słoneczny w zorganizowanym pośpiechu, uznając, że lepiej porządzić w odleglejszej galaktyce. A swoich pupili zostawiwszy na pastwę losu. Służków, to jest użytecznych maszynek. I zagadkowych wojniksów, inteligentnych maszynek z własną wizją, której nie zna nikt poza nimi.

No i bardzo pięknie. Tylko że zagadkowe zabawy z bronią na czwartej planecie od Słońca niepokoją inteligentne roboty wysłane niegdyś przez postludzi na eksplorację Układu Słoonecznego. Morawce ( bo o nich mowa) ewoluują sobie spokojnie na Jowiszu. Ale nadaktywność kwantowa zanotowana na Marsie burzy ten spokój. Decydują się wysłać ekspedycję zwiadowczą. Nieliczną, nie wiedzącą o swoim zadaniu nic ponad niezbędne, czysto techniczne minimum. Z czterech robotów do celu docierają dwa – Mahnmut, miłośnik sontów Szekspira i poważnie uszkodzony Orphu, fan Prousta. Muszą dotrzeć na szczyt Olimpu i zainstalować tam zagadkowe urządzenie, które przeznaczenia nie znają. Ten, który je znał, zginął, kiedy Zeus zestrzelił ich statek z marsjańskiej orbity.

W dodatku, jeden z ludzi nie chce umierać po piątej dwudziestce. Pragnie przedlużyć sobie życie, polecieć do Pierścieni, gdzie spodziewa się zastać postludzi i przekonać ich, by użyczyli mu raz jeszcze swojej konserwatorni – krynicy wiecznej młodości. W tym celu uczy się czytać. Studiuje stare mapy. I ściąga na siebie uwagę Żydówki Wiecznej Tułaczki, jedynej, która przeżyła tragiczne Ostatnie Faksowanie – poza nią zginęli wszyscy "dawni ludzie". Ona postanawia pomóc Harmanowi w realizacji jego pragnień – i wykorzystać go do swoich celów.

Trzy wątki – homerycki, od pewnego momentu niezupełnie kanoniczny, ludzki i morawiecki, splatają się w misterną, a zarazem monumentalną (600 stron) i fascynującą swoją złożonością, konsekwencją i precyzją całość. Pełną humoru, często czarnego, psychologii, filozofii, teorii literatury – a w gruncie rzeczy – prawdy. Często niełatwej, acz niewątpliwie wartej poznania. Lepiej być świadomą niż nieświadomą igraszką suki ironii. Ją też ktoś trzyma na smyczy. Zawsze to jakieś pocieszenie.