It’s alive! Czyli S jak Sprawiedliwość

Żyję, przetrwałam najtrudniejszy i najbardziej stresujący czas w nowej pracy, ale póki nie okrzepnę bardziej, wpisy najprawdopodobniej będą się pojawiać głównie w weekendy. Tyle tytułem wstępu, a teraz szybciutko do naszych baranów, to znaczy – do Syna Jo Nesbo.
Jest to kolejny, po Łowcach głów, literacki eksperyment Norwega. Tym razem jednak porwał się on na bardziej zdecydowane wyjście ze swojej strefy komfortu, o której powiedzieć, że jest ponura i przygnębiająca, to właściwie nic nie powiedzieć.
Postanowił oto dać czytelnikowi historię z choć częściowo szczęśliwym zakończeniem, w której, mimo nałogów, korupcji i przemocy, jest miejsce na miłość oraz swoiście pojętą sprawiedliwość. Epicką wręcz.
Syn jest bowiem historią o mścicielu, który po latach zwątpienia odzyskał wiarę w najważniejszą dla niego osobę (rzecz jasna, mowa o ojcu). Z tej wiary zaczął czerpać siłę do zerwania z wyniszczającym nałogiem, a następnie ruszył szukać winnego i wymierzać sprawiedliwość. Nie powstrzymały go więzienne mury, kompletna nieznajomość współczesnego świata, złe psy ani jeszcze gorsi ludzie. A po drodze znalazł miłość, która pomogła mu znieść prawdę.
W tym miejscu sama zawołałabym rozgłośnie o wiadro, gdyby nie jeden drobiazg. To jest powieść Jo Nesbo. A kiedy Nesbo pisze (nawet poza swoją strefą komfortu), to tak, że choć widzi się różne naciągnięcia prawdopodobieństwa, nie sposób przestać czytać. Jasne, albo się kupi tę konwencję sprawiedliwej wendetty (wówczas łatwiej przymknąć oko na zdecydowaną większość fabularnych cudów, bo przykro mi bardzo, ale nie wszystko można wytłumaczyć tym, że bohater w przeszłości uprawiał zapasy), albo nie (i w takim wypadku nie sposób nie uznać fabuły za naiwną, a wręcz bajkową – w większości, bo zakończenie przynajmniej część braków na niwie prawdopodobieństwa kompensuje).
Jakkolwiek jestem okropną, cyniczną, złośliwą zołzą (co zapewne łatwo można wywnioskować z lektury tego bloga), to do Nesbo mam słabość. I choć ten synowski eksperyment na pewno nie całkiem mu się udał, a już wątek romansowy zwłaszcza, to jednak zdołał po raz kolejny napisać wciągającą opowieść. Bardzo filmową (może aż za bardzo), zaskakującą do samego końca. Mnie na przykład wiele wyrównało umieszczenie w okolicach finału prawdziwej historii Bliźniaka:)
W sumie zatem dostaliśmy pozycję – jak na możliwości autora i na tle jego dotychczasowego dorobku – ledwie ponadprzeciętną. Ale w porównaniu do większości dostępnych na rynku tytułów z tego samego gatunku jest więcej niż dobra i przy delikatnym zawieszeniu niewiary dostarczy wielu godzin znakomitej rozrywki. Przeczytać z pewnością warto.