Dwóch Jacksonów w Yorkshire (i oczywiście pies)

Rok 2016 to na razie jedno wielkie pasmo wyczekiwanych premier. Kolejną z nich była czwarta powieść Kate Atkinson z serii o Jacksonie Brodiem, czyli O świcie wzięłam psa i poszłam… (który to tytuł na pewno powinien był zostać przetłumaczony jako wziąłem psa i poszedłem, gdyż żadna kobieta nie wyprowadza tu psa, zarówno dosłownie, jak i metaforycznie). Pies, ocalony przed właścicielem-oprawcą border terrier o imieniu Ambasador, towarzyszy Jacksonowi, którego jednak nie sposób nazwać tym razem głównym bohaterem.
Samo w sobie nie stanowiłoby to wielkiego problemu, gdyż już w poprzednich tomach rozwiązywanie zagadki bywało tylko dodatkiem do opowieści o ludzkich losach. Problem najnowszego kryminału Atkinson leży gdzie indziej. Choć pisarka korzysta ze sprawdzonego i poprzednio świetnie funkcjonującego patentu narracyjnego, czyli niezależnego snucia opowieści o kilku postaciach oraz o wydarzeniach teraźniejszych i przeszłych, tym razem magia nie zadziałała.
I nawet nie dlatego, że nowe postaci i ich historie nie są wiarygodne czy zajmujące, a łącząca je tajemnica z przeszłości nieciekawa. Zarówno Tracy, samotna policjantka świeżo na emeryturze, która pewnego dnia spontanicznie przygarnia małą dziewczynkę, jak i Tilly, aktorka zmagająca się z demencją, opisane zostały poruszająco i nie sposób nie zaangażować się emocjonalnie w ich losy.
Przez większą część powieści, około 2/3, wątki są jednak zdecydowanie osobne i całkowicie pozbawione dynamiki. Powstaje przez to wrażenie męczącej chaotycznej rozwlekłości, które pogłębiają retrospekcje, dotyczące brutalnego zabójstwa prostytutki. Dosyć ciężko się wciągnąć.
Sam Jackson, jedyny facet w tym trójkącie, niby to rozwiązuje zagadkę pochodzenia swojej ekscentrycznej australijskiej klientki Hope MacMaster, ale naprawdę po raz kolejny próbuje się uporać z własną traumatyczną przeszłością.
Zdecydowanie nie jest to zła książka, końcowa 1/3 to jej najmocniejsza część, ale jednak to najsłabsza rzecz autorstwa Atkinson, jaką czytałam. Już rozumiem, czemu to ostatnia odsłona cyklu o Brodiem.
P.S. Czytam teraz Czasomierze Mitchella, początek również szedł mi jak po grudzie, ale teraz jestem w 1/3 i jest to prawdziwa uczta. Pokłon Justynie Gardzińskiej, absolutnie genialna tłumaczka.