Zakonotujcie to sobie, a resztę dopowiedzcie sami. W takie koło jak słońce, w takie jak księżyc, jak złe nowiny, co zdają się przebrzmiałe, ale zawsze wrócą. Kobiety pracują wokół słońca, a śpią wokół księżyca, czasem pracują wokół jednego i drugiego, zwłaszcza w czas żniw. Innym razem kobiety czekają na księżyc, czy pękaty będzie od krwi i wzniesie się nisko nad Górami Błękitnymi. To byłaby pora, którą rządzi Sasa, Asaase Jaa, Ogun i inni zapomniani bogowie.
Jest jednak taka negra na plantacji trzciny cukrowej w majątku Montpelier na Jamajce, która długo zrozumieć tego nie chce. Pewnie dlatego, że krew u niej nie do końca czarna. Można to poznać po oczach, które u Lilit zielone jak szmaragdy, co u prawdziwych negrów się nie trafia. Zanim się dowie, że jej mama i tata nie z jej krwi, już wie, że chce czegoś więcej niż inne niewolnice. Nie chce pracować w polu, nie chce oddawać się batowym. Chce i potrafi walczyć. Pierwsze odruchowe, paniczne zwycięstwo sprawia, że dziewczyna – zamiast do pracy w polu – trafia do piwnicy majątku i pod opiekę głównej domowej niewolnicy, Homer. Ale status domowej niewolnicy to dla niej za mało, Lilit uważa się za lepszą od innych i myśli, że może zakochać się w białym, w massa. A ten będzie jej księciem, którego widywała w dzieciństwie na ilustracji wydartej z jakiejś książki, obudzi ją ze snu służby i zabierze do prawdziwego życia.
Okrutnej, bezwzględnej lekcji udzieli Lilit rzeczywistość. Zakpi z niej na najróżniejsze sposoby, wychłoszcze nie tylko dosłownie, choć bata i innych bolesnych atrakcji krnąbrnej dziewczynie nie zabraknie. Pokaże, że domieszka białej krwi to nie tylko o wiele za mało, by być białym. To także za wiele, by być czarnym. Lilit nigdzie poza własną duszą nie będzie u siebie. Powieść Marlona Jamesa Księga nocnych kobiet to przejmujący wyimek z pełnej smutnych i beznadziejnych powtórek historii jamajskiego niewolnictwa, ale o jej sile stanowi kreacja głównej bohaterki. Niezwykły indywidualizm i wiarygodność jej świadectwa, wybrzmiewającego tak mocno głównie z uwagi na językową odrębność, którą według mnie w sposób fenomenalny oddał w swoim przekładzie Robert Sudół. To język sprawia, że od pierwszych zdań tej historii, choć jeszcze większość przerażających wydarzeń przed nami, na plecach mamy ciarki. Jednocześnie przykuwa nas do tekstu niczym łańcuch niewolnika, nie pozwalając na oderwanie się od tej smutnej i dramatycznej opowieści. Gdyby nie formuła narracji, byłaby to pewnie kolejna opowieść, jakich wiele. O okrutnym, ale oklepanym już i przez to oswojonym jako coś znanego, losie ludzi, których kolor skóry strącił na sam dół społecznej drabiny. Którzy raz po raz próbują wejść wyżej i mimo wielokrotnego strącania nie rezygnują, choć szczeble drabiny śliskie, bo wielokrotnie spłynęły krwią ich pokonanych przodków.
Tutaj jednak dostajemy coś więcej, razem z Lilit w sposób osobisty i dogłębny przeżywamy kolejny cykl, ale mocno i bez znieczulenia. Bo dla nas, jak dla niej, jest on pierwszym, choć nie ostatnim. Znakomita powieść, jedna z najlepszych, jakie przeczytałam w tym roku, choć tylko dla czytelników o naprawdę mocnych nerwach. Kilka razy myślałam, że nie zdołam skończyć. Takie lektury się odchorowuje. Mimo to – a może właśnie dlatego – gorąco polecam.
Wszystkie negry chodzą w koło. Zakonotujcie to sobie, a resztę dopowiedzcie sami. Inna sprawa, że czasem to koło do białego należy, nie do negra, a w tym białym kole są i góry, i doliny, i rzeczy, co biały mówi, a znaczą co innego. Czarny otwiera oczy, żeby znaleźć swoje koło, a ono się zaczyna kajdanami u jego szyi. Biały zatacza koło takie, jakie sobie wybierze. Wielu może sobie iść przed siebie, odejść, ale wielu też wraca tam, skąd wyszli. Inni w ogóle się nie ruszą. A jak negr wciągnięty w życie białego, to to samo koło zatacza.