Kiedy rodzi się zbrodniarz? (Mindhunter, sezon 1)

Wiem, że wszędzie teraz tego pełno, ale nic nie poradzę, że dziesięcioodcinkowy serial Mindhunter po prostu mnie uwiódł. Mówiąc najkrócej, to serial o początkach profilowania i analizy behawioralnej oraz ich śledczego wykorzystania, oparty o wspomnienia agenta FBI Johna Douglasa pod tym samym tytułem. Postać bezpośrednio inspirowana Douglasem to Holden Ford, młody agent, który po samobójstwie jednego ze ściganych przez siebie przestępców zostaje przesunięty do pracy szkoleniowej. Jego obsesją staje się próba zrozumienia, dlaczego mordercy decydują się na zabijanie, i to w ściśle określony sposób. Uważa, że odpowiedź na to pytanie nie tylko ułatwi wykrywanie sprawców, ale także umożliwi ich prewencyjne izolowanie od społeczeństwa. Holden swoim nowym hobby stopniowo zaraża opornego początkowo starszego kolegę, a gdy udaje im się z użyciem profilu pomóc lokalnej policji w rozwiązaniu pierwszej sprawy, obaj zapalają się do projektu. W tajemnicy przed przełożonymi jeżdżą do więzień, rozmawiać ze skazanymi za najokropniejsze zbrodnie o ich motywacjach. Do ekipy dołącza następnie badająca psychopatycznych dyrektorów korporacji psycholog Wendy Carr (również inspirowana, choć chyba luźniej, postacią dr Ann Wolbert Brugges). Razem zmagają się z oporem struktur FBI, które, delikatnie mówiąc, umiarkowanie oceniają potencjalną użyteczność ich pracy.
Obok wątków prywatnych postaci, które odgrywają uzupełniającą rolę, serial koncentruje się z jednej strony na pokazaniu bezpośrednich interakcji agentów ze skazanymi seryjnymi zabójcami (genialny Cameron Britton jako Edmund Kemper czy niewiele mu ustępujący Happy Anderson jako Jerry Brudos – ogólnie casting w serialu jest bezbłędny), a z drugiej na praktycznym zastosowaniu pozyskanej w ten sposób wiedzy przy próbach schwytania aktywnych przestępców, na prośbę lokalnych jednostek policji.
Może nie brzmi to fascynująco dla osób wolnych od mojego skrzywienia naukowego i zawodowego, ale uwierzcie – wciąga jak bagno. A wisienką na torcie jest soundtrack – mogłabym go słuchać na okrągło.
Jeśli jeszcze nie widzieliście, to bardzo wam zazdroszczę.