Nie brakuje w nim przejmujących sekwencji, które wyciskają łzy. Dawno tak okropnie nie płakałam nad książką, choć Pratchett, tradycyjnie dla siebie, pisze o sprawach ostatecznych z dużą dozą pogody, traktując przemijanie jako naturalną kolej rzeczy. Każe nie opłakiwać zmarłych, ale pielęgnować wspomnienia o nich. Podkreśla, że liczy się przede wszystkim bilans ludzkiej egzystencji – jeśli udało nam się choćby trochę poprawić świat swoimi uczynkami, przeżyliśmy dobre życie i nawet Śmierć potrafi to docenić.
Równolegle w wątku nowego bohatera – Geoffreya, trzeciego syna szlacheckiego rodu, który zamiast miłować polowanie, promuje pacyfizm i wegetarianizm, a nade wszystko pragnie zostać męskim odpowiednikiem czarownicy – Pratchett powraca do wątków z Równoumagicznienia, twórczo je rozwijając. Wiele zresztą jest w Shepherd’s Crown takich powrotów, m.in. do zagrożenia ze strony elfów. Pokonana niegdyś przez Tiffany Królowa musi się mierzyć z wewnętrzną opozycją na swoim dworze, bo bariery wokół ludzkiego świata uległy osłabieniu i jej poddani domagają się kolejnej inwazji.
W posłowiu Wilkins wspomina, że Pratchett nie zdążył dopracować swojej ostatniej powieści. Miejscami to widać. Mogłaby to zapewne być jeszcze lepsza książka, gdyby autor miał czas ją wyszlifować. Na pewno byłaby pełniejsza, pewne elementy zostałyby bardziej rozbudowane. Ale jest naprawdę dobra, pełna Mac Nac Feegle’ów, czarownictwa, dyskretnej mądrości i humoru. To godne zakończenie wyjątkowego cyklu, takie, którego niewątpliwie nie da się zapomnieć.
P.S. Oczywiście, przeczytam też polski przekład, bo w pełni zrozumieć Feegle’ów potrafi tylko PWC:)