Mind how you go, czyli pożeganie z Dyskiem

No i stało się – jestem po lekturze Shepherd’s Crown. Więcej nowych historii ze świata płynącego przez kosmos na żółwiu nie będzie. Samo to spowodowało, że do czytania przystępowałam na smutno. A rzeczy, które wydarzają się na kartach kolejnej opowieści o Tiffany Aching, czarownicy z Kredy, ostatecznie odnajdującej swoją drogę i sposób uprawiania tego niezwykłego zawodu, choć spójne i logiczne, smutek ten wydatnie pogłębiły. Jest to opowieść o tym, iż śmierć nie jest końcem, a jedynie nowym początkiem, podwaliną zmian. Od tych, którzy pozostają, zależy, czy będą to zmiany na lepsze, czy raczej wręcz przeciwnie. Z jednej strony, nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości (co zresztą potwierdza posłowie autorstwa Roba Wilkinsa), że pewne kluczowe wydarzenia tej powieści autor planował od dawna, być może nawet od początku swojego pisania o małej serowarce z Kredy. Z drugiej – mimo to utwór, jak żaden inny od czasu diagnozy Pratchetta (postawionej w roku ukończenia znakomitej i gorąco polecanej przeze mnie swego czasu Nacji), naznaczony jest świadomością nadchodzącego końca.
Nie brakuje w nim przejmujących sekwencji, które wyciskają łzy. Dawno tak okropnie nie płakałam nad książką, choć Pratchett, tradycyjnie dla siebie, pisze o sprawach ostatecznych z dużą dozą pogody, traktując przemijanie jako naturalną kolej rzeczy. Każe nie opłakiwać zmarłych, ale pielęgnować wspomnienia o nich. Podkreśla, że liczy się przede wszystkim bilans ludzkiej egzystencji – jeśli udało nam się choćby trochę poprawić świat swoimi uczynkami, przeżyliśmy dobre życie i nawet Śmierć potrafi to docenić.
Równolegle w wątku nowego bohatera – Geoffreya, trzeciego syna szlacheckiego rodu, który zamiast miłować polowanie, promuje pacyfizm i wegetarianizm, a nade wszystko pragnie zostać męskim odpowiednikiem czarownicy – Pratchett powraca do wątków z Równoumagicznienia, twórczo je rozwijając. Wiele zresztą jest w Shepherd’s Crown takich powrotów, m.in. do zagrożenia ze strony elfów. Pokonana niegdyś przez Tiffany Królowa musi się mierzyć z wewnętrzną opozycją na swoim dworze, bo bariery wokół ludzkiego świata uległy osłabieniu i jej poddani domagają się kolejnej inwazji.
W posłowiu Wilkins wspomina, że Pratchett nie zdążył dopracować swojej ostatniej powieści. Miejscami to widać. Mogłaby to zapewne być jeszcze lepsza książka, gdyby autor miał czas ją wyszlifować. Na pewno byłaby pełniejsza, pewne elementy zostałyby bardziej rozbudowane. Ale jest naprawdę dobra, pełna Mac Nac Feegle’ów, czarownictwa, dyskretnej mądrości i humoru. To godne zakończenie wyjątkowego cyklu, takie, którego niewątpliwie nie da się zapomnieć.
P.S. Oczywiście, przeczytam też polski przekład, bo w pełni zrozumieć Feegle’ów potrafi tylko PWC:)