Krwi, krwi, krwi!

Krzyczał pan Zagłoba na widok trupa pana Podbipięty. A ja mam ochotę tak zakrzyknąć sponad kart Magii krwi niejakiego Huso. Literacki Pinokio to za mało. Epitety mię się skończyli.
Mnie! Której na epitetach, nie chwaląc się, zwykle nie zbywa. Ja nie mogę z tą książką. Ona jest tak zła, że to się nie mieści w głowie, pale ani żadnym innym zbiorniku. Już pomijam takie drobiazgi jak zapach pasty do podług na drugiej stronie, czy inne stróżki (nie: żony stróży, żeby nie było niedomówień).
Książka jest chaotyczna, nudna, pretensjonalna, napisana (bądź przełożona) wykończająco bełkotliwym językiem.
I ma 645 stron!
Jestem na 500-ej (dwa miesiące temu porzuciłam na 73-ej) i wciąż nie mam pewności, czy autor wie, o co właściwie mu chodzi. Zamierzam dzisiaj skończyć. Ale ostrzegam już.
To jest gorsze niż dowolni szargani na tym blogu mnisi, z drewna bądź Połabia, gorsze niż Upadłe Anioły, uzależnione od wielokrotnych orgazmów półwampirzyce i dowolny inny recenzowany przeze mnie crap.
I oczywiście co? Jest pierwszym tomem dylogii.