Tym większa szkoda, że początkowo pomysł na zabójcę, jego motywację i sposób działania wydaje się niegłupi i na czasie. Nasz przyjemniaczek jest zażenowany popularnością gwiazdek reality shows, youtuberów i blogerów. Tym, że w dzisiejszym świecie sukces nie wymaga wiedzy. Więcej nawet – często kluczem do sławy bywa głupota, brak zahamowań i totalna bezpruderyjność. Tymczasem inteligentni, ciężko pracujący ludzie częstokroć nie są doceniani, latami klepią biedę i mogą tylko pomarzyć o luksusach i zainteresowaniu, jakimi obdarzani są aktualni bohaterowie dnia. Tę niesprawiedliwość zabójca postanawia nieco zniwelować, a co najmniej – skoncentrować publiczny dyskurs wokół problemu.
Tymczasem nasz dzielny autorski tandem (którego połowa odpowiada za genialne scenariusze Mostu nad Sundem) wziął ten całkiem dobry punkt wyjścia i zmarnował go tak, że aż czytać przykro. Najpierw sami sobie podstawili nogę, tworząc sprawcę zbyt inteligentnego, by zostawił jakiekolwiek dowody fizyczne czy inny (poza zgodnymi ze swoimi celami) punkt zaczepienia dla śledczych. A potem, ponieważ chyba wreszcie zauważyli, że nie mają jak się z tej matni wyplątać (przy czym zauważyli troszeczkę późnawo, bo pochłonęło ich budowanie telenoweli z wątków prywatnych bohaterów), sprawca ów nagle zaczął się zachowywać jak idiota i eskalował w sposób kompletnie niezrozumiały.
Wtedy zaś dołączył do niego w identycznym wzorcu postępowania nasz ulubiony milusiński Sebastian Bergman. Autorzy nie szczędzili wysiłków, by przekonać nas, że jest egoistycznym, cynicznym sukinsynem, który traumę żałoby łata przypadkowym seksem i na wszelki wypadek nie angażuje się w żadne bliższe związki z ludźmi. W Niemowie spróbował i najwyraźniej mocno mu to zaszkodziło na spójność wewnętrzną. Teraz niby próbuje wrócić do starych sprawdzonych wzorców, a jednocześnie zbudować więź z córką. Co, niestety, wzajemnie się wyklucza, ale mimo wybitnej jakoby inteligencji oraz kompetencji zawodowych Sebastian jakimś cudem tego nie dostrzega. Kiedy już rzeczywistość całkowicie go zaskoczy, dowodząc, ze swoim postępowaniem zaprzepaścił jakiekolwiek szanse na prawidłowe relacje z własnym dzieckiem, w odruchu obronnym zdecyduje się na akt heroiczny. Który pasuje do niego wprost idealnie.
W ogóle pretekstowe twisty, gorsze od najsłabszych i najbardziej naciąganych numerów Deavera, to coś, czego w Oblanym teście dostaniemy od groma. A sposób, w jaki poprowadzono wątek Billy’ego, przekracza granice prawdopodobieństwa i dobrego smaku. Cieszą mnie chyba tylko losy Torkela.
Jestem zdegustowana i robię sobie trochę przerwy od kryminałów.