Do sięgnięcia po tę pozycję skłonił mnie tekst o Polakach, których rodzice posłali do angielskich szkół z internatem. Trafiłam na niego kilka tygodni temu w Dużym formacie i był dobry, to znaczy – zostawał w głowie. Jest on częścią Angoli. Sama pisałam kiedyś pracę o literackich świadectwach XIX-wiecznych imigrantów amerykańskich, więc temat jest mi bliski.
Tytuł to osobna ciekawa sprawa i zastanawiam się, czy faktycznie wszyscy bohaterowie tak właśnie określali Anglików, czy to tylko taki zgrabny zabieg ze strony autorki. Jest to bowiem określenie zdecydowanie pejoratywne, ale przyznać trzeba, że wśród bardzo zróżnicowanych opowieści o imigracyjnym doświadczeniu na Wyspach przeważają mimo wszystko te pesymistyczne. Być może więc rzeczywiście prawdziwy jest wariant pierwszy.
Zróżnicowanie bohaterów, ich charakterów, zajęć i brytyjskiej "drogi" uważam za jeden z największych walorów zbioru. Zaczyna się od człowieka sukcesu, właściciela świetnie prosperującego przedsiębiorstwa usługowego, któremu się udało, ale ciężko na to zapracował. Potem są pracownicy korporacji wyższego i średniego szczebla, lekarze, sprzątaczki, opiekunowie osób starszych i chorych, pracownicy fabryk, budowlańcy, bezdomni, a nawet przedsiębiorca pogrzebowy. Może nie pełen przekrój, ale blisko.
Wszyscy są zgodni w kilku sprawach dotyczących tytułowych Angoli, a tak naprawdę – zderzenia kultur. Trudno jest nawiązać jakiekolwiek głębsze znajomości z brytyjskimi kolegami z pracy czy z sąsiadami. Wszyscy są bardzo uprzejmi, ale powierzchowni, nie dążą do pogłębienia kontaktów, a nawet po bliższym poznaniu bardzo niechętnie okazują emocje, mówią o swoich uczuciach, zwłaszcza negatywnych. Zastrzeżenia najchętniej zgłoszą przez pośrednika.
Oczywiście, imigrant nieznający języka takich problemów nie ma, bo obraca się głównie w towarzystwie Polaków. Ma za to inne, np. depresję. Bywa wyzyskiwany przez pracodawców, zbywany przez lekarzy, bo nie umie się bronić, egzekwować swoich praw. Stąd najbardziej zadowolone są dwie grupy imigrantów: a) ci ze znajomością języków i konkretnymi kompetencjami, którzy przyjechali z polskim partnerem lub znaleźli miejscowego i trochę go oswoili b) ci, którzy postanowili zagospodarować polskich imigrantów, organizując im pracę lub świadcząc usługi na ich rzecz.
Drugą wielką zaletą jest język imigranckich historii, bardzo różnorodny, a przez to autentyczny. Oczywiście, autorka dokonała stylistycznych wygładzeń i selekcji wątków, by wyeksponować te, które uznała za najistotniejsze czy najciekawsze. Zarazem jednak, czytając, nie ma się wątpliwości, że to prawdziwe historie, wręcz słyszy się głosy jej rozmówców.
Dobry reportaż, zdecydowanie wart uwagi.