Co niezwykłe, choć koszmar wojny i obozu jenieckiego jest w tej powieści bardzo istotny, jeszcze istotniejsza jest chyba mocno paradoksalna puenta życiorysu głównego bohatera. W ostatecznym rozrachunku okazuje się bowiem, że czas, jaki spędził na budowie Kolei Śmierci, pełen codziennych makabrycznych wyborów, był najlepszym okresem jego życia. Okoliczności zmusiły go do stania się o wiele lepszym człowiekiem, niż był w rzeczywistości, a potem już tylko odcinał kupony od chwały tego drugiego, obcego faceta, którym po wojnie być nieodwracalnie przestał. I za którym nieustannie tęsknił, podobnie jak za adrenaliną, jakiej na Linii dostarczały mu nieustanne, donkiszotowskie szarże na wiatraki. W porównaniu z tym ekstremum normalność była pozbawioną wyrazu, usypiającą rutyną.
Oczywiście, Ścieżki północy to nie tylko historia głównego bohatera. To niezwykła mozaika ludzkich losów, bo na wojenną i powojenną rzeczywistość patrzymy tutaj także oczami innych jeńców, ich nadzorców oraz ich bliskich. Cywilów, czyli tych, którzy tęsknili, czekali i radowali się z powrotu ocalonych, a opłakiwali umarłych, ale zarazem zostali od nich na zawsze oddzieleni nieprzebytym murem wojennego doświadczenia.
W sumie to niesamowicie przejmująca mozaika, jednocześnie przerażająca, zabawna, wzruszająca i smutna. Nawet w kilku krótkich scenkach autor potrafi powołać do życia niezwykle autentycznych i bardzo zindywidualizowanych bohaterów, w których losy nie sposób się nie zaangażować. Myślałam, że po lekturze Króla szczurów nic mnie już tutaj nie zaskoczy, ale byłam w ogromnym błędzie. Czytajcie koniecznie, znakomita.