Lecą Żuławie

Staram się w tym roku wyjątkowo uczciwie przygotować do głosowania elektorów Nagrody Literackiej imienia Jerzego Żuławskiego, ale idzie mi to przedsięwzięcie jak po grudzie. Może właśnie z tego powodu, że się zmuszam? Ale z własnej woli czytam w ostatnich latach, po rozpoczęciu pracy etatowej i rezygnacji ze stałej współpracy recenzenckiej z książkami.wp na rzecz okazjonalnych recenzji za egzemplarz oraz wycofaniu się z recenzowania dla Fahrenheita, mało polskiej fantastyki. W całym 2016 roku przeczytałam dwie pozycje z tej kategorii – I duszę moją Cetnarowskiego w styczniu, z miernymi wrażeniami, oraz przedpremierowo w ramach betareadingu znakomitą pozycję, która ukaże się we wrześniu tego roku. Próbowałam czytać w listopadzie Czterdzieści i cztery Krzysztofa
Piskorskiego, bo bardzo lubię jego twórczość oraz uniwersum, w którym
osadzona jest akcja najnowszej powieści, a i prelekcja na wrocławskim Polconie była zachęcająca, ale początek tymczasowo mnie pokonał. Dam jej jeszcze na pewno szansę, ale Elizka Żmijewska tej książce nie pomaga. Strasznie irytujący babsztyl. Premier z 2016 miałam więc w styczniu 2017 na koncie okrągłe 0. Czyli było co nadrabiać, bo kalendarz jest nieubłagany. Głosowanie elektorów każdorazowo kończy się w pierwszej połowie kwietnia, zostało więc jeszcze żenująco mało czasu.
Do dziś zdążyłam zapoznać się z dwoma tomami Kronik Rozdartego Świata Aleksandry Janusz, głównie dzięki rekomendacji Agnieszki Hałas. I cóż mogę powiedzieć? Sympatyczna fantastyka rozrywkowa, przyjemnie się czyta, sprawna stylistycznie, choć mocno jednorodna w tej warstwie, w konstrukcji świata, szczególnie magii, jest sporo oryginalnych elementów, ale jednak zarówno w fabule, jak i w konstrukcji bohaterów, prym wiodą schematy. Przez to brak napięcia, całość jest mocno przewidywalna, choć w połowie drugiego tomu robi się nieco bardziej mrocznie, co pozwala wiązać niejakie nadzieje z finałową odsłoną. Ale choć to dość na dwa czy trzy popołudnia relaksu, jednak zdecydowanie za mało na nominację do nagrody literackiej. Przynajmniej moim zdaniem.
Zabrałam się w  poniedziałek za najnowszy Kontrapunkt Powergraphu, czyli Puste niebo Radosława Raka i, niestety, znowu pudło. Realizm magiczny w Lublinie, w tym wydaniu, które mi akurat kompletnie nie odpowiada. Za dużo tu wszystkiego. Niby króciak, a przez cały tydzień z trudem dotarłam do 40%. Postaram się jeszcze skończyć, ale szkoda mi było weekendu na zmagania z tą oporną materią i wczoraj wieczorem zaczęłam Projekt Mefisto Marcina Mortki. Lubię autora, ostatnio czytałam (strasznie dawno) Miecz i kwiaty, może nam się wspólnie uda przełamać złą passę.
I w tym miejscu docieram do sedna tej notki. Ludzie będący na bieżąco z polską fantastyką 2016: co zrobiłam źle? Co przegapiłam? Po co warto sięgnąć? Mam jeszcze Dymiące zwierciadło Zembatego, Clovisa LaFay Lange i Zagrodę zębów Szostaka, która raczej nie kwalifikuje się jako fantastyka. Pomożecie?
UPDATE: Oczywiście, czytałam jeszcze Olgę i osty Agnieszki Hałas, tyle że w 2015 i przedpremierowo. Dlatego nie pamiętałam, że ukazała się w zeszłym roku. Tę powieść na pewno nominuję i ponownie wszystkim polecam.