– Tato, a dlaczego ty tak jęczysz?
Westchnienie to nieco zbyt wyrafinowane słowo dla ośmiolatka. Może i już kiedyś się na nie natknął, widać jednak zdołał wyrzucić je z pamięci. I dobrze, to znak, że ma szczęśliwe dzieciństwo. Na wzdychanie jeszcze przyjdzie czas. Ojciec zrozumiał, w czym rzecz, bez najmniejszych problemów i to było najważniejsze.
– Wyjaśnię ci, jak skończysz osiemnaście lat – obiecał zupełnie poważnie.
To go trochę rozczarowało. Jak będzie taki stary, to już dawno o tym zapomni. Wtedy sam będzie już mógł palić i wszystko zrozumie. Ale niech ojciec nie myśli, że mu się uda, o nie! On to sobie zapamięta i w odpowiednim czasie się zgłosi. Wtedy pozna tajemnicę.
Pierwszego papierosa wypalił siedem lat później, żeby się nie skompromitować przed kolegami. Krztusił się jak cholera, a oni boki zrywali i zmusili go, żeby wypalił drugiego – było tylko nieco lepiej. Fajki spróbował rok później, na prywatce, dla szpanu. Nasypali tam widocznie jakiegoś świństwa, bo ostro się potem pochorował – i znowu wszyscy oprócz niego mieli frajdę. Tak czy tak, coraz lepiej rozumiał ojca, różnica doświadczeń malała, a przynajmniej tak mu się wydawało. Były i inne różnice – on, widząc, że mu nie wychodzi, przestał palić z własnej woli. Ojciec rzucał palenie w bólach, bo lekarze stwierdzili u niego chorobę wieńcową i po prostu musiał. Och, jak babcia tryumfowała! Mama jakby trochę mniej, miała inne sprawy na głowie, wtedy jeszcze nikt nie wiedział, jakie. Ale babcia wręcz się napawała tym, że wreszcie jej było na wierzchu. Gdyby go ktoś zapytał o zdanie w tej sprawie, powiedziałby, że babka i jej gadanina o wiele bardziej przyczyniły się do choroby ojca niż nieszczęsna fajka. Koniec końców, w dzień jego osiemnastki ojciec już nie palił. Wobec czego postanowił nie drążyć kwestii „tajemnicy” uznając to za nietakt. Ojciec nie palił, ale z przyzwyczajenia ciągle, nawet w największy mróz, wychodził na balkon, podpierał dłonią brodę i wzdychał. Lubił, żeby syn mu towarzyszył. Stali sobie w milczącym porozumieniu kilka minut dziennie, każdy myślał o swoich sprawach, było miło i swojsko. Pewnego razu, zupełnie znienacka , ojciec dotrzymał obietnicy sprzed dziesięciu lat i opowiedział mu historię. Nie była zbyt długa, oryginalna i intrygująca, ale ten, który słuchał, cieszył się, że mógł wysłuchać, a ten, który opowiadał, cieszył się, że wreszcie powiedział.
Było ich dwie. Jedna była ładna, a druga nie. On był, rzecz prosta, tylko jeden, a że bigamia rzecz karalna, jedną musiał odrzucić. Długo się zastanawiał i zwlekał. Ciężko zrozumieć, dlaczego. Ta ładna była i bogata i mądra. Ta druga biedna i niezbyt lotna. Wybór pozornie oczywisty. A on się wahał, rozważał, rozmyślał, łaził i wzdychał. Aż się doigrał. Ładna niewąsko się zirytowała, ze on śmie się wahać, a ponieważ ona była już od dawna zdecydowana, uruchomiła tatusia, energicznego i zamożnego człowieka, rzeźnika, który za szczęście córeczki – jedynaczki dałby się żywcem swoim tasakiem porąbać. Tenże zloty człowiek odbył rozmowę z przyszłym teściem córci ( jak się należy sprawę załatwił – szynkę, wódkę i nawet boczek postawił) , wyjaśnił , jak sprawy stoją i do porozumienia szybko doszli, jako że przyszły teść był człowiekiem rozsądnym i myślał perspektywicznie (taka rzeźnia!). I tak to on, chcąc nie chcąc, odpowiednio zmotywowany przez władzę rodzicielską, której oprzeć się nie umiał, nie śmiał, a w dodatku nie był do końca pewien, czy chce, w końcu tamta była i ładna i zaradna i bogata i szalała za nim, zdecydował się wreszcie. Tamta trochę porozpaczała, a jemu było nieco nieswojo, ale miał ten komfort, że klamka już zapadła, oświadczyny były przyjęte i nawet prosiak na wesele zaszlachtowany, bo rzeźnik postanowił kuć żelazo na małżeński łańcuch, póki było gorące. I żyli długo i szczęśliwie. Tylko on czasem wychodził na balkon, zapalał fajkę i myślał o tym, co by było, gdyby miał więcej czasu i sam mógł dokonać wyboru. Czy wybrałby tak samo?
– I dlatego, synu, nigdy nie popełnij mojego błędu.
– Jakiego, tato?
– Nie lataj za pieniędzmi. Szczęścia ci one nie dadzą. Najważniejsze to, czego nie widać.
W banały biedny ojciec poleciał, ale sam sobie chyba nawet sprawy nie zdawał, że dzieło klasyki światowej właśnie parafrazuje, ot, dał się ponieść nastrojowi chwili. Syn rozsądnie postanowił tego nie zepsuć i obiecał zupełnie poważnie, że za pieniędzmi latał nie będzie, której to obietnicy dotrzymuje po dziś dzień, a wykonywany zawód bardzo mu to zadanie ułatwia, jednak wówczas nie wiedział jeszcze, co szykuje przyszłość. Całkiem niedaleka, odległa zaledwie o cztery lata.
W szablonowych, schematycznych, nudnych jak flaki z olejem i podległych żelaznym prawom statystyki rodzinach to ojciec wychodzi po gazetę i już nie wraca, Albo po zapałki, o to akurat w danym wypadku mniejsza. Jeśli czymś mógł się szczycić, gdy chodzi o rodzinę, to z całą pewnością tym, że była absolutnie nieszablonowa. Matka wyszła do fryzjera i nie wróciła. Miał już wtedy dwadzieścia dwa lata, więc nie odbiło się to na jego psychice, ale jednak znacznie utrudniło mu życie, bo ojciec wziął i się załamał. Nerwowo. Jakby matka co najmniej zaginęła w niewyjaśnionych okolicznościach. Zaginięcia nawet nie zgłosił, bo doskonale wiedział, gdzie jest zguba. I stąd jego załamanie, jako że była ni mniej ni więcej a w związku już od dłuższego czasu nieplatonicznym z producentem odzieży skórzanej, z którym ojciec przez piętnaście lat regularnie co czwartek grywał w remika. Ot, kolejny pozornie nieszkodliwy nałóg. Wracać zaraz, a może nawet jeszcze prędzej, jak w piosence Ewy Bem, matka nie zamierzała, mimo że ojciec się łudził. Aż do czasu, gdy otrzymał listem poleconym pozew rozwodowy, bo wyjść za mąż, co również sugeruje wspomniana wyżej piosenkarka, matka zamierzała jak najbardziej. Mimo że robił co mógł, by do tego nie dopuścić, ojciec znów zaczął palić. Właściwie protestował bez przekonania i pro forma, bo świetnie rozumiał ojcowskie motywy. Stali na balkonie, jak cztery lata wcześniej, z tą różnicą, że ojciec palił, kaszlał i tym razem bez wstępów przeszedł do puenty.
– Radzę ci synu z całego serca : nigdy się nie żeń.
Więc bez śladu wachania bochater opóścił dom rodzinny by, podąrzyć za głosem serca.
Ot, błąd na błędzie i błędem pogania.
cdn…