Olive Kitteridge, czyli depresyjna proza życia

W zasadzie miałam straszny dylemat, czy w ogóle pisać o tym czteroodcinkowym miniserialu produkcji HBO w okresie przedświątecznym, bo dawno nie widziałam czegoś bardziej przygnębiającego.
Zarazem jednak dawno nie widziałam czegoś tak świetnego, co, jak łatwo się domyślić, ostatecznie przeważyło szalę. Jest to opowieść o życiu w małym miasteczku w Nowej Anglii, skoncentrowana wokół rodziny nauczycielki matematyki i farmaceuty. Matematyczka Olive (genialna Frances McDormand, najbardziej chyba znana z Fargo) jest bardzo szorstka i wymagająca wobec uczniów, bliskich, a także samej siebie. Jej mąż Henry (niezapomniany Nathaniel Fisher senior z Sześciu stóp pod ziemią) to z kolei wcielone dobro, w dodatku nie widzi świata poza swoją żoną, która w zasadzie mimochodem zamienia jego życie w piekło. Na przestrzeni 25 lat ich syn dorasta, kończy się ich aktywność zawodowa, przychodzi starość, a w tle toczy się życie niewielkiej społeczności, które bynajmniej nie jest usłane różami. Wiem, że nie brzmi to, mówiąc eufemistycznie, specjalnie fascynująco, ale uwierzcie mi na słowo – staram się nie zdradzać więcej niż to konieczne, bo od tego pokazu genialnego aktorstwa, inteligentnych dialogów, tej mozaiki skrajnych emocji – po prostu nie sposób się oderwać. Choć jest tam tyle cichych, prywatnych tragedii, że seans to wielki koszt emocjonalny. Z każdym odcinkiem życie coraz bardziej bohaterom dokłada i patrzenie na to ma w sobie sporą nutkę masochizmu. Ale naprawdę warto. Jeśli tylko nie macie akurat słabszego okresu w życiu. Czarny humor wiele tu wynagradza. 9/10