Gdzie Srebro nie może, tam żmija pośle (Agnieszka Hałas, Śpiew potępionych)

Spiew-potepionych-bn50621Szczerze przyznam, że na czwarty tom Teatru Węży czekałam zarazem z niecierpliwością fanki i obawą czytelniczki wielokrotnie ciężko zawiedzionej rozwojem ulubionego cyklu (hasło Sezon burz powinno mniej więcej wyjaśnić fanom rodzimej prozy fantastycznej, co mam na myśli). Jako że znakomite W mocy wichru wyczerpało główny wątek, poświęcony odzyskaniu przez Krzyczącego w Ciemności utraconych wspomnień i wyrównaniu przez niego rachunków z przeszłości, powstawało pytanie, o czym teraz opowie nam autorka.

Niepokój okazał się zupełnie bezpodstawny. Śpiew potępionych to kontynuacja idealna – całkowicie niezależna historia, a jednak w szerszej perspektywie spójna z poprzednimi tomami, prowadząca z nimi ciągły, subtelny dialog i dopełniająca je nawet na poziomie detali.

Tytułowe wyspy to częściowo alkaryjski protektorat, a częściowo kolonia. Miejscowe plemiona mają własne zwyczaje, strukturę polityczną i czarowników w miejsce srebrnych i czarnych magów. I właśnie od opisu nieznanej dotąd części świata przedstawionego uniwersum Zmroczy wypada mi zacząć pochwały. Agnieszka Hałas zdecydowała się bowiem w ramach nowego otwarcia na wyrwanie swojego żmija z jego mrocznej, chłodnej, podziemnej strefy komfortu, z bezpiecznych, w pełni kontrolowanych i świetnie mu (a zatem także czytelnikom dotychczasowych odsłon) znanych warunków. Brune trafia tym razem do miejsca skrajnie odmiennego, w dodatku w roli sojusznika Srebra, biegunowo odległej od jego dotychczasowego statusu. Ma więc krótkoterminowy glejt i – przynajmniej teoretycznie – dostęp do najbardziej zaawansowanych zdobyczy srebrnej magii. Jak do tego doszło? Bardzo prosto. Srebrni są przede wszystkim pragmatyczni, najważniejsza jest równowaga Zmroczy. A to na Wyspach Śpiewu demony z Doliny Śniedzi knują coś wyjątkowo spektakularnego. Kilkoro wcześniejszych wysłanników, którzy mieli wyjaśnić naturę owych knowań, zostało skutecznie wyeliminowanych. A że trwa szczególnie paskudne zachwianie, cel uświęca środki i warto posłać ka-ira, który z niejednych tarapatów już się wyślizgał. Jeśli i on nie podoła, szkoda będzie mała, a żal krótki.

Jak się Krzyczącemu podoba nowy układ i egzotyczna wycieczka?

Cholerny tropikalny raj.
Skwar. Duchota. Komary. Jakieś paskudztwa, które nie były komarami i też gryzły. Jaszczurki biegające po ścianach i suficie izdebki, w której nocował (pluskiew na szczęście nie było). Ryż i ryby podawane na sto sposobów. Wielkie owoce, śmierdzące jak pomiot Otchłani, które miejscowi uważali za specjał, więc handlowano nimi na każdym rogu. Monotonne śpiewy dobiegające od rana do nocy z pobliskiej świątyni (nazwa archipelagu nie wzięła się znikąd – tubylcy śpiewem czcili bogów, śpiewali też przy pracy oraz podczas odpoczynku).

O ile jednak bohater nie jest specjalnie zachwycony, to autorce ten eksperyment chyba przypadł do gustu, bo w budowę lokalnej, wyspiarskiej rzeczywistości włożyła ogrom pracy, uzyskując znakomity, wiarygodny i autentyczny rezultat. Nie jesteśmy w stereotypowych tropikach z pocztówki, nakreślonych powierzchownie i na odczepnego. Wyspy żyją, poznajemy ich codzienność, jak również historię, religię, magię, politykę, mieszkańcy nie są traktowani protekcjonalnie ani przedstawieni stereotypowo jako banda zacofanych dzikusów, a wszystko to przydaje się do rozwijania fabuły. Bo skoro już jesteśmy na wyspach, to czy może się obyć bez piratów? A gdzie piraci, tam, jak wiadomo, jako naturalna odpowiedź politycznego ekosystemu na ich działalność, pojawiają się statki kaperskie. Na pokładzie jednego z nich Brune napotka dawną bliską znajomą. Będzie więc dynamicznie, chwilami romantycznie, i gorąco – nie tylko z powodu temperatur.

Skoro to fantastyka, wody roją się od magicznych stworzeń, które, urażone, wymierzają srogie kary (generujące sporo humoru i jeden z najciekawszych wątków pobocznych w powieści). Obłaskawione odpowiednim podarkiem, mogą natomiast udzielić nieocenionej pomocy. Podwodne dominium undyn i powietrzna domena sylfów zostały wykreowane równie pieczołowicie, co Wyspy Śpiewu, przy czym Agnieszka Hałas po raz kolejny dowiodła, że jej niezwykła, malarska wyobraźnia ogarnia pełną paletę barw, a nie tylko mroki.

Mroku, oczywiście, nawet w tym nowym, barwnym, tropikalnym klimacie, nie zabraknie. Będzie zgniły, duszny i gorący, niczym omamy niesione przez febrę. W tej idyllicznej scenerii autorka zdecydowała się opowiedzieć najbardziej makabryczną z dotychczasowych historii. Śledztwo w sprawie planów Doliny Śniedzi zawiedzie żmija w bardzo niebezpieczne rewiry, a śledzenie jego perypetii wciągnie czytelnika jak bagno. Nie należy zapominać o potępionych, którzy w tytule nie pojawili się przez przypadek.

Roli przypadku w fabule powieści należy również poświęcić kilka słów, bo jest ona niebagatelna. Przy czym bynajmniej nie wygląda w ten sposób, że przypadki są zawsze korzystne dla protagonisty czy służą do łatania logicznych dziur w fabule. Przeciwnie, w uniwersum Zmroczy przypadek jest ślepy jak Temida, często głupi, a niemal bez wyjątku brzemienny w skutki. Nieprzekazana wiadomość, nieplanowane starcie, śmierć niewłaściwej osoby. Prawa Magii nie biorą pod uwagę żadnych okoliczności łagodzących, działają jak dobrze naoliwiony mechanizm. I konsekwencję autorki w tym względzie uważam za jedną z największych zalet całego cyklu.

Sztafaż Śpiewu potępionych przywodzi nieodzowne skojarzenia z filmami z serii Piraci z Karaibów i uczciwie przyznam, że pod koniec lektury zaczynałam się trochę obawiać, czy Krzyczący nie stanie się dla cyklu takim samym obciążeniem, co dla filmów Jack Sparrow, bez którego czwarta część byłaby zdecydowanie lepsza, mimo że zaczynał jako serce i sens całego projektu, a pozostał jego znakiem rozpoznawczym do samego końca. W czym rzecz? Choć zawsze płaci sowitą cenę, a tym razem jest ona wręcz dramatycznie wysoka, tajemniczy ka-ira o pobliźnionej twarzy z każdych tarapatów wychodzi cało. Kiedyś ta jego moc ostatecznie uśmierci wszelką dramaturgię, ale zdecydowanie jeszcze nie tym razem.

Tym razem Brune wplątał się historię, która wciąga, intryguje, bawi i przeraża, dostarczając znakomitej rozrywki, ale również materiału do nieco głębszych i mniej wakacyjnych przemyśleń. Mam nadzieję, że kurtyna Teatru Węży pójdzie w górę jeszcze nie raz, bo po zakończeniu lektury najnowszej odsłony ręce same składają się do oklasków. Premiera już 18 czerwca.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s