Jestem zupełnie nienormalny/Jestem znudzony kapitalnie (Sally Rooney, Normalni ludzie)

normTym razem w pułapkę marketingową wlazłam z pełną świadomością, bo byłam w zeszły piątek strasznie niepocieszona, że Wydawnictwo Mag nie wypuściło e-booka najnowszych Akt Dresdena, czyli Zimnych dni, równo z premierą wersji papierowej. Atakowały mnie zewsząd te peany o drugiej powieści Sally Rooney, pomyślałam, że coś wciągającego, współczesnego i o młodych ludziach przyda mi się dla równowagi po genialnym, ale naprawdę ciężkim Dreamlandzie Sama Quinonesa (o którym mam nadzieję wam napisać, ale muszę nabrać trochę dystansu i może obejrzeć uzupełniająco Farmaceutę na Netfliksie). Myślałam też sobie, że BBC w końcu nie ekranizuje byle czego, a już się zabrali za serial na podstawie. A poza tym,  żeby nie zakłamywać obrazu – miałam do dyspozycji środki na karcie prezentowej Empiku. Czyli hulaj dusza bez kontusza:)

Przyznać trzeba, że wnyki nie zatrzasnęły się w tym przypadku tak boleśnie, jak to się zdarzyło np. z Patrickiem Melrosem, po którym do dziś nie wylizałam ran, choć przeczytałam tylko połowę. Sally Rooney pisze sprawnie, ma doskonałą kontrolę nad opowieścią, której konstrukcja przypomina zmieniające się płynnie serialowe kadry. Zatem scenarzysta BBC w jakimś sensie przyjdzie na gotowe. Jednocześnie zupełnie nie rozumiem zachwytów nad naturalnością stylu młodej Irlandki, choć do oceny ich adekwatności pewnie trzeba by  było sięgnąć po oryginał. Nie znaczy to bynajmniej, że mam cokolwiek do zarzucenia przekładowi Jerzego Kozłowskiego. Po prostu, język jest całkowicie neutralny, ani opisy, ani partie dialogowe niczym się nie wyróżniają. Nie zawadzają w śledzeniu fabuły, ale i nie skłaniają do zatrzymania się na moment, przemyśleń, o zachwytach poszczególnymi frazami już nawet nie wspominając.

Jest to opowieść o relacji między Connellem i Marianne, która rozpoczyna się, gdy oboje są w liceum, w małym irlandzkim miasteczku Carricklea, a kończy cztery lata później, kiedy studiują w Dublinie. Mama Connella sprząta w domu matki Marianne, ale dzieciaki, choć chodzą do jednej klasy, nie zadają się ze sobą. Marianne, pochodząca z bardzo zamożnej rodziny, jest klasowym pariasem, Connell, wychowywany tylko przez matkę, która urodziła go jako nastolatka – popularnym sportowcem. Całkiem niespodziewanie dla obojga, zaczynają pod koniec szkoły uprawiać seks. Trzymają to jednak w tajemnicy, a Connell na bal maturalny zaprasza zaprasza inną dziewczynę. W Dublinie role ulegają odwróceniu – to Marianne bryluje w towarzystwie, a Connell nie potrafi nawiązać nowych znajomości. Cały czas jednak na siebie wpadają, przyciągają się i odpychają, raniąc się nawzajem, nie potrafiąc się poprawnie komunikować.

Naprawdę nie wiem, za co Rooney okrzyknięto Salingerem epoki Tindera czy Dickensem XXI wieku. O stylu już pisałam. Oboje bohaterowie są antypatyczni, choć każde z innego powodu. Connell jest po prostu bucem, który myśli tylko o sobie, jest niezdolny do autorefleksji, empatii i nie bierze pod uwagę uczuć czy położenia innych osób ani tego, jak jego egoistyczne decyzje mogą na bliskich wpłynąć. Przy czym w ogóle nie wyciąga wniosków z popełnianych błędów, choć deklaruje coś zupełnie innego. Marianne żyje w bańce swojego statusu ekonomicznego, nie zdaje sobie sprawy (ani nie zaprząta sobie głowy) takimi banałami jak konieczność pracy w celu zdobycia środków utrzymania i dachu nad głową. Z powodu nienormalnych relacji rodzinnych uważa, że zasługuje na ból i upokorzenie, sama jednak – czerpiąc perwersyjną przyjemność ze statusu wiecznej ofiary – częstokroć ten ból zadaje, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. W pewnym sensie oboje są siebie warci, ale – i to jest chyba ta rewelacyjna rewolucja – ich związek nie może się udać. Dla relacji opartej na tak niezdrowej dynamice to w sumie happy-end.

Czy jednak jest w tej historii coś odkrywczego, zaskakującego, świeżego? Według mnie absolutnie nie. Sprawnie opisane perypetie dwójki dojrzewających ludzi z różnymi rodzajami ran, którzy ostatecznie przekonują się, że cierpienie to za mało na trwały wspólny mianownik. Całkowicie zmarnowana szansa na głębszą refleksję nad tym, jak pochodzenie z różnych warstw społecznych może wpływać na możliwości życiowe. Connell w liceum wprawdzie pracuje na stacji benzynowej, żeby móc kupić samochód, a w markecie pakuje do koszyka najtańsze produkty, natomiast na studiach musi pracować, żeby mieć pieniądze na opłacenie stancji. Szybko jednak zdobywa stypendium, które do końca studiów niweluje problem wyżywienia i zakwaterowania.

W sumie – można przeczytać, wciągnąć się, przyjemnie spędzić czas. Ale już po paru dniach nic znaczącego z tej lektury nie zostaje w głowie. Antypatycznym bohaterom się nie współczuje, dostają to, na co sobie rzetelnie zapracowali.

6 myśli na temat “Jestem zupełnie nienormalny/Jestem znudzony kapitalnie (Sally Rooney, Normalni ludzie)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s